Czy polska piłka klubowa jest wielka?
PARAGRAFY I SPORT - cotygodniowy felieton Roberta Kiłdanowicza
Dzisiaj chciałbym zająć się oceną polskiej piłki klubowej. No właśnie, klasycy materii negocjacyjnej twierdzą, że nie ma złych, głupich pytań, są tylko złe odpowiedzi. Podzielając ten pogląd muszę zauważyć jednakże, że nie dotyczy to pytań nieuczciwych, demagogicznych. Takie prowokacyjne pytanie zadane jest w tytule. To jest pytanie z ukrytą tezą, sugerowane. Albowiem oczywista odpowiedź brzmi, że polska piłka klubowa się rozwija. Nieuczciwość tego pytania polega na tym, że jest ona grą na naszej percepcji, odwołuje się do naszych emocji, nawet naszych imperialnych resentymentów.
Każdy zapytany oceni, że polski futbol się rozwija, idzie naprzód, w konsekwencji jest wielki. Właściwie postawione pytanie powinno brzmieć: w jakim miejscu znajduje się polska piłka nożna na tle Europy? Chodzi mi o to, że musi być jakiś punkt odniesienia, który pomoże nam dokonać obiektywnej oceny.
Polska piłka nożna się rozwija i dokonuje „skoku w nadprzestrzeń” - te hasła (promowane przez Ekstraklasę SA czy Canal+) nie są prawdziwe. Co więcej, w mojej ocenie, są mitem stworzonym przez niezłych marketingowców na potrzeby sprzedażowe, czyli kosztem kibiców, kupców tej true story. Generalnie rzec ujmując, problemem jest okoliczność, że pomimo „pompowania” do polskiego futbolu klubowego olbrzymiej ilości pieniędzy, porównywalnych z Belgią, a uwzględniając portfel zakupowy w Polsce, faktycznie polski futbol zarządza większym majątkiem.
A jakie są wskaźniki? Ten podstawowy - klubowy ranking UEFA - wskazuje, że przed chwilą byliśmy na 10. miejscu, wywołując ekscytację wśród wspólnoty piłkarskiej w Polsce. Nie będąc urzędowym krytykiem uważam, że to miejsce znacząco fałszuje aktualny stan faktyczny polskich klubów w europejskich realiach. Wynika to ze wszech miar z ponadnormatywnego (w poprzednim sezonie) punktowania w Lidze Konferencji UEFA, w której nabijanie statystyk jest niewspółmierne do klasy sportowej drużyn, np. w kontekście rozgrywek Ligi Europy, o Champions Leauge nie wspominając.
Prawdziwy test kompetencji szykuje się polskim klubom w aktualnych rozgrywkach europejskich. Bardzo prawdopodobne zajęcie 14. miejsca w tejże klasyfikacji odda rzeczywisty stan naszego statusu w Europie. Będziemy (bo jesteśmy) nieznacznie lepsi od Cypryjczyków. A Belgowie zajmują 7. miejsce. Dodatkowo dwie federacje, tj. rosyjska i ukraińska, z przyczyn pozasportowych nie zajmują odpowiedniego miejsca do swojego przedwojennego potencjału. Oczywiście nie jest to problem i wina naszych klubów, lecz to kolejny argument, że polskie drużyny zajmują miejsce ponad stan.
Stąd też naturalnym wydaje się postawienie pytania, czy pieniądze są dobrze inwestowane w polski futbol? Czy nie są marnotrawione? Jeśli miarą oceny będzie federacja belgijska, odpowiedź jest oczywista. I rzecz naprawdę nie jest w tym, żeby nieustannie być piewcą pesymistycznych wieści czy też dyżurnym krytykiem polskiej piłki nożnej. Jest dokładnie odwrotnie - właśnie dlatego, że nam i mnie osobiście - jako redakcji i felietoniście - zależy na stanie polskiej piłki, dlatego wskazujemy, że coś jest z nią nie tak. I to pomimo głosów wszelkiej maści ekspertów, którzy cały czas napompowują ten balonik.
To, że mecze w polskiej ekstraklasie są emocjonujące, że są podane w atrakcyjnej formule (opakowaniu), że są wypełnione trybuny wcale nie znaczy, że powoduje to podwyższenie poziomu sportowego. Europejska rywalizacja jest bezwzględnie weryfikująca. Skoro najlepsza aktualnie polska drużyna, Górnik Zabrze, który nieuchronnie zmierza po mistrzostwo, szybko odpada z rozgrywek europucharowych, to nie wystawia to naszej lidze najlepszego świadectwa. Fakt, że Zabrzanie zostali wyeliminowani przez godnych przeciwników, niewiele zmienia. W rewanżowym meczu z Monaco tak się jednak wyeksploatowali, że zapłacili za to cenę w następnym meczu ligowym. W sensie faktycznym „człapali” po boisku - skorzystała na tym GieKSa.
Powyższe powoduje, że wzrost poziomu sportowego polskiej piłki klubowej pozostaje mitem. Wątpliwości pozostają w zasadzie tylko przy tym, czy autorzy tych opinii sami w to wierzą, czy wiedzą, że to nadużycie. Właśnie dlatego prawdziwym sprawdzianem dla poziomu każdej ligi jest współzawodnictwo europejskie. Nie chcę narzucać negatywnej narracji naszym Czytelnikom, chcę rzetelnie i uczciwie przedstawić problem, wskazać nielogiczne elementy i właściwy status naszej ligi, naszych drużyn. To właśnie ten sezon, po euforycznym ubiegłych, potwierdzi polskie miejsce w Europie, czy Hapoel Tel Awiw i Hajduk Split to jakieś wyjątkowe drużyny...
Polski futbol musi zrobić rzetelny rachunek sumienia, zoptymalizować struktury klubowe, podnieść poziom sportowy m. in. poprzez niesprzedawanie najlepszych młodych graczy przedwcześnie. Tylko kto ma wykonać ten progres w naszych klubach? Ci sami ludzie, którzy uważają, że wszystko jest w najlepszym porządku i jesteśmy rozrastającą się potęga? Ponadto podstawą programu naprawczego, planu proaktywnego podwyższania poziomu polskiego futbolu jest prawidłowe zdiagnozowania problemu. I z tym jest największy kłopot, bo większość uważa, że przecież wszystko jest w najlepszym porządku.
Dlatego też uczciwe i szczere przedstawienie stanu faktycznego polskiej piłki nożnej to pozytywny prognostyk do następnych, przyszłych zmian, które mogą uprawdopodobnić poprawę sportowej jakości, co bezpośrednio wpływa na wynik. Stąd też prawdziwy obraz polskiego futbolu - choć brutalny w aktualnym europejskim sezonie - może być szansą na jego nową wartość. Tego właśnie sobie życzymy.
A przesłanie do zarządzających klubami i ich właścicieli brzmi: postęp zawsze wymaga ofiar i, jak to mawiają stratedzy, mała przegrana wojna więcej pomaga strukturze organizacyjnej oraz kulturze zarządzania niż długotrwałe, kosztowne pyrrusowe zwycięstwo. I tego należy się trzymać.
_______________________________________
* Robert Kiłdanowicz jest doktorem nauk prawnych. W przeszłości występował m.in. w I-ligowych (wg dzisiejszego nazewnictwa ekstraklasowych) zespołach Stomilu Olsztyn, Widzewa Łódź czy Śląska Wrocław.
W rewanżowym meczu z Monaco Górnicy tak się wyeksploatowali, że w następnym meczu ligowym „człapali” po boisku... Fot. Marcin Bulanda/PressFocus
