Czy igrzyska to interes?

Z DRUGIEJ STRONY - Andrzej Grygierczyk

Na tytułowe pytanie Włosi odpowiedzą zapewne: tak. Gdyby było inaczej, nie podejmowaliby się ich organizacji po raz czwarty, w tym po raz trzeci w wydaniu zimowym. I jeszcze 20 lat po tym, jak organizatorem był Turyn z przyległościami. A Mediolan od Turynu to jak kamieniem rzucić. Fantazję – jak wiadomo – Włosi mają, ale przecież nie na tyle, by ambitnie dokładać do przyjazdu sportowców z całego świata.

Choć organizacja rozpoczętego wczoraj święta pochłonęła 6,1 miliarda euro - notabene sporo więcej niż pierwotnie zakładał jego budżet - to gospodarze na specjalnie zmartwionych nie wyglądają. Obliczyli sobie, że wszystkie nakłady się im zwrócą, chociażby poprzez napływ turystów na same igrzyska (liczy się, że ok. dwóch milionów), a w przyszłości milionów narciarzy-amatorów, którzy nader chętnie zmierzą się z olimpijskimi trasami. A i Polaków na nich nie zabraknie; to nie przypuszczenie, a pewnik, skoro na niektórych włoskich stokach i mieszczących się tam schroniskach (restauracjach) dominuje... polska muzyka.

Spokój Włochów i ich pewność, że do igrzysk nie dopłacą, jest więc usprawiedliwiony. Ale też usprawiedliwione są (były) obawy mieszkańców wielu innych miast-krajów, które przymierzały się do organizacji takiego przedsięwzięcia, rezygnując z nich prędzej czy później - jeszcze na etapie – nazwijmy to – koncepcyjnym. Policzono koszty w wymiarze finansowym, policzono też koszty (szeroko rozumiane) w wymiarze społecznym, zorganizowano referenda i... rakiem się wycofywano. Wychodziło za drogo, a co najważniejsze - zapał mieszkańców był co najwyżej średni. Dość przy tej okazji powiedzieć, że na początkowym etapie Mediolan i Cortina d'Ampezzo miały sześciu rywali, na końcu ostały się tylko - wspólnie - Sztokholm i Aare.

Tu kłania się kontekst polskich starań o igrzyska zimowe. Aspirowało do nich, a konkretnie do roku 2006, Zakopane. Jakimś cudem dostało się do finałowej rozgrywki, w której nie dostało żadnego głosu. Po dzień dzisiejszy w kategoriach anegdoty mówi się, że wszystko przez to, że delegacja MKOl po wyruszeniu samochodem z lotniska w Krakowie Balicach utknęła w gigantycznym korku na Zakopiance. Irena Szewińska, która – jako członek MKOl – towarzyszyła tej delegacji musiała się rumienić. Już nieważne było to, że w samym Zakopanem niewiele wówczas było do pokazania.

To nie koniec polskich akcentów. W 2013 roku kandydatem do organizacji igrzysk stał się Kraków, ale zanim doszło do wyboru gospodarza stolica Małopolski się wycofała. Było to następstwem druzgocącego w swej wymowie wyniku referendum wśród mieszkańców, którzy odpowiadali na pytanie, czy chcą igrzysk, czy też nie. 70 procent było przeciwnych. Obawiano się braku korzyści, a przede wszystkim kosztów, chaosu i hałasu. Zresztą wycofał się wtedy nie tylko Kraków, również m.in. Oslo.

Myśl o igrzyskach w Polsce – choć nie zimowych, a letnich – nadal się kołacze w różnych gremiach, na czele z rządowymi. Ale zanim cokolwiek w tej mierze zacznie się dziać, trzeba będzie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to się opłaci – w jakim wymiarze i w jakiej perspektywie. No i czy naród tego będzie chciał? Na razie wielkiego entuzjazmu nie widać. Bo Polska to nie Włochy?

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się