Czterdzieści lat minęło
Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski
„Od dawna ten dzień nie był tak piękny, barwny i wiosenny. Sama przyroda przystroiła w zieleń i kwiaty wysprzątane ulice naszych miast i wsi. (…) Kolumny zakładów pracy wyróżniały się wielką barwnością. Młodzież robotnicza i uczniowska, studenci szkół wyższych nieśli szturmówki i transparenty. (…) Radosny pochód w Katowicach trwał ponad dwie i pół godziny, wzięło w nim udział 230 tys. uczestników” – prawda, że tym, którzy niejeden marsz pierwszomajowy w PRL-u przeżyli, łezka się w oku zakręci po przeczytaniu tego poetyckiego opisu, zaczerpniętego z „Trybuny Robotniczej” z 1986 roku? Tak zwane Święto Pracy, ideologicznie spójne z ustrojowymi fundamentami krajów demokracji ludowej, dzieciom kojarzyło się z wiosennymi piknikami i watą cukrową, dorosłym zaś – z deficytowymi towarami, które władza specjalnie „chomikowała”, by rzucić do pustych zazwyczaj sklepów w okolicach 1 maja, a na piknikowe stragany – dokładnie tego dnia.
1 maja 1986 dla kibiców piłkarskich na Górnym Śląsku miał jednak zupełnie inny wymiar. Na ten dzień zaplanowano finałowe starcie o Puchar Polski, które – ze względu na udział w nim GKS-u i Górnika – zorganizowano na Stadionie Śląskim. Widowisko stworzone przez oba zespoły – a brał w nim udział m.in. obecny selekcjoner Biało-czerwonych, Jan Urban – zwłaszcza dla katowickiego klubu stało się swoistym „mitem założycielskim” i początkiem okresu nazwanego później Złotą Dekadą, który doczekał się nawet filmu dokumentalnego. Trzy gole Jana Furtoka to arcyważny moment jego piłkarskiej kariery; jeden z tych, które unieśmiertelniły „Furgoła” nie tylko w pamięci fanów katowickiego klubu.
Józef Dankowski, jeden z uczestników tamtego finału (po przegranej stronie), aż westchnął, gdy krótko po 12.00 przez telefon przedstawiliśmy mu wyniki losowania półfinałów. – Ale chciałbym taki mecz zobaczyć na Śląskim. Tylko może z innym skutkiem – odparował natychmiast, gdy zapytaliśmy go, czy nie byłoby warto pomyśleć o innej lokalizacji finału niż Narodowy w Warszawie, gdyby mieli w nim zagrać Katowiczanie i Zabrzanie. Swoją drogą – o czym wszyscy już chyba zapomnieli – chorzowski obiekt, mocą uchwały Zarządu PZPN-u z końcówki ubiegłego wieku, której nikt do tej pory nie uchylił – ma status Stadionu Narodowego... Swemu warszawskiemu konkurentowi, budującemu od 14 lat swoją tradycję, wcale nie ustępuje pojemnością. A przynajmniej nie na tyle, by nie pomieścił tych widzów, którzy pojawiali się na finałach PP rozgrywanych od 2014 w stolicy. Zresztą to Kocioł Czarownic dzierży do dziś frekwencyjne rekordy na finałach PP. W owym 1986 na trybunach pojawiło się 55 tysięcy widzów, zaś w 1963, kiedy też 1 maja Zagłębie Sosnowiec grało z Ruchem, przyszło ich jeszcze o 15 tysięcy więcej. Dziś ten pierwszy wynik z pewnością byłby do powtórzenia, o ile w finale znalazłyby się dwie drużyny z województwa śląskiego. Zresztą – to wiadomość nieoficjalna – sternicy śląskiej piłki po wyłonieniu kwartetu półfinalistów rozpoczęli już sondowanie możliwości zorganizowania tego meczu w Chorzowie.
Atmosfera finału w stolicy, wpisanego w kalendarz zawsze na 2 maja, w ciągu dekady zdążył już obrosnąć pewną legendą w środowisku samych piłkarzy. Występ na obiekcie Narodowego Centrum Sportu jawi się dla wielu z nich Świętym Graalem. O tym wypada pamiętać, choć... przecież gra się dla kibiców. A tym z Katowic, Zabrza czy Częstochowy zdecydowanie łatwiej byłoby dotrzeć do Chorzowa niż do Warszawy...
