Człowiek z Puszczy

Rozmowa z Łukaszem Sołowiejem, ikoną Puszczy Niepołomice.

Kto by pomyślał, że człowiek z Podlasia tak dobrze odnajdzie się w małopolskiej Puszczy? Fot. Norbert Barczyk/Press Focus

 Czy w styczniu 2022 roku, odchodząc z GKS-u Tychy – na zasadzie gotówkowego transferu definitywnego – myślał pan, że rozpoczyna się najlepszy okres kariery?

– Nie będę ukrywał, że nie. Nie przypuszczałem, że zostanę „człowiekiem z Puszczy”, a tak mnie w tej chwili postrzegają nie tylko kibice w Niepołomicach. Przypomnę tylko, że nasza drużyna zajmowała wtedy 15. miejsce i wiosną walczyliśmy o utrzymanie na zapleczu ekstraklasy. Startowałem więc z „dołka” i wspólnie – bo przecież to, co się później stało, nie jest tylko moją zasługą – napisaliśmy z prezesem, którego mogę nazwać „moim piłkarskim ojcem”, Jarosławem Pieprzycą, całym sztabem szkoleniowym z trenerem Tomaszem Tułaczem na czele oraz kolegami z drużyny niesamowitą historię.

Kiedy poczuł pan, że Puszcza może... zakwitnąć?

– Wcześniej byłem w klubach, w których awans do ekstraklasy był priorytetem, że wymienię tylko Zagłębie Sosnowiec, Raków Częstochowa czy GKS Tychy. W Puszczy natomiast nie było parcia, ale solidna praca. W pierwszym moim półroczu gry w Niepołomicach zajęliśmy ostatecznie bezpieczne 14. miejsce wywalczone w trudnych warunkach. Balansowaliśmy przecież cały czas na granicy strefy spadkowej. Ale to był moment przełomowy. Wtedy zrodził się zespół. Czuć to było w szatni i w klubie. To była jedność i konsolidacja. To właśnie w następnym „poniosło nas” do strefy barażowej. Pomyślałem sobie wtedy, że w tej bezpośredniej walce o awans może się wszystko wydarzyć. Nauczony doświadczeniem, że w barażach drużyny nieoczywiste potrafią zaskoczyć faworytów, nasze piąte miejsce przyjąłem jako doskonały punkt odbicia i na 100-lecie klubu wywalczyliśmy awans do ekstraklasy.

Pierwszy raz kapitanem Puszczy został pan w ósmym meczu, czyli 10 kwietnia 2022 roku przeciwko z Arce Gdynia. A kiedy stał się pan liderem drużyny z Niepołomic?

– To przyszło z czasem. To znaczy ja byłem cały czas taki sam, ale swoim zachowaniem z dnia na dzień zdobywałem zaufanie kolegów z szatni, sztabu trenerskiego, działaczy. Wszyscy muszą cię zaakceptować, a ty musisz pokazać charakter nie tylko na boisku, ale także poza murawą. Udowodnić, że z pełnym zaangażowaniem idziesz za tym klubem, w którym grasz. Ja to robiłem. Czułem, że tu mi zaufano i odpłacałem tym samym. W ślad za tym przyszedł też szacunek, jakim mnie ludzie obdarzyli, a ja starałem się odwzajemniać tym samym oraz oddawaniem serducha w każdym meczu. Nic nie zostało mi jednak dane z góry. Musiałem na to zapracować postawą na każdym treningu i w każdym meczu.

Który z ponad 100 meczów rozegranych w Puszczy wspomina pan najchętniej?

– Zdecydowanie numer 1 to półfinałowy baraż z Wisłą Kraków, wygrany 4:1 w obecności prawie 24 tysięcy kibiców i mój gol na 2:0. To nam dało poczucie, że my rządzimy w tym spotkaniu i otworzyło drogę do decydującego starcia o awans z Bruk-Betem Termalicą w Niecieczy, gdzie wygraliśmy po dogrywce 3:2. Dzięki temu jako 35-latek mogłem spełnić swoje dziecięce marzenia i zadebiutować w ekstraklasie, w której już w drugim występie strzeliłem swojego pierwszego gola. Co prawda była to „tylko” honorowa bramka w przegranym 1:4 meczu w Białymstoku z Jagiellonią, ale po niej przyszły następne. Po 10 kolejkach miałem na swoim koncie pięć trafień! Po każdym cieszyłem się jak dziecko i czułem się wyjątkowo.

Jak pan to robił, że przy stałych fragmentach gry, które stały się znakiem rozpoznawczym Puszczy, piłka pana szukała?

– Paradoks polega na tym, że choć moim atutem jest gra głową i nią zdobywałem większość bramek, to w Puszczy chyba 15 goli z tych 16 w ekstraklasie strzeliłem nogą. Nie ma co ukrywać, że mieliśmy mocne stałe fragmenty gry, dużo nad tym pracowaliśmy, a przeciwnicy z każdym kolejnym trafieniem bali się naszej „ciężkiej artylerii”. Wchodziliśmy w pole karne rywali i widzieliśmy autentyczny strach w ich oczach. A ja odnajdywałem się na „długim słupku”, bo wiedziałem, że gdzieś tam na 10 wrzutek przynajmniej pięć razy piłka spadnie w tej okolicy. Czekałem i dzięki timingowi, zgubieniu krycia oraz skutecznej finalizacji stałem się „strzelającym” stoperem. Najbardziej jednak pamiętam gola z rzutu karnego z Rakowem Częstochowa – ówczesnym mistrzem Polski, bo w doliczonym czasie przy stanie 0:1 doprowadziłem do remisu. A byliśmy wtedy w kryzysie i jeszcze od 20 minuty graliśmy w osłabieniu. Dla mnie też był to trudny moment, bo wszedłem w przerwie, po dość długim okresie, w którym nie grałem. Chciałem się więc pokazać z jak najlepszej strony i wziąłem na siebie odpowiedzialność. Na szczęście trafiłem i to mnie zbudowało na kolejne mecze, utwierdzając w przekonaniu, że jestem tej drużynie potrzebny.

Czy zbliżając się do 38. urodzin, które będzie pan obchodził 11 października, czuje się pan spełniony piłkarsko?

– Nigdy nie przypuszczałem, że na koniec moja przygoda z piłką tak się potoczy. To od dziecka było oczywiście moje marzenie, ale gdy już się znalazłem w ekstraklasie i byłem na tym strzeleckim topie, to miałem poczucie, że można było z mojej kariery wycisnąć więcej. Podstawa to jest praca i mentalność, ale szczęście i spotkanie odpowiednich ludzi na swojej drodze – czyli to, co nie zawsze od człowieka zależy – są też bardzo ważne. Żeby jednak wszystko było jasne: ja niczego w swoim życiu nie żałuję. Cieszę się z tego, co mam i jestem szczęśliwy, że na koniec spełniły się moje marzenia. W Puszczy zagrałem w ekstraklasie, w Niepołomicach półtora roku temu urodził mi się syn i tu pożegnano mnie w meczu z ŁKS-em z pełnymi honorami. Mam w pamięci wiele pięknych chwil i na koniec powiem tylko tak – w wielu klubach byłem, ale niewielu prezesów ceniłem. A Jarosław Pieprzyca ze swoją uczciwością i z zaufaniem, jakim mnie obdarzył, na pewno zasługuje na specjalne mojepodziękowania. Należą się one także całej piłkarskiej społeczności niepołomickiej za wsparcie i życzliwość oraz za to, jak mnie pożegnali. Darzę ich i to miasto ogromnym szacunkiem i wielkim sentymentem. Jak tylko będę mógł, będę tu wracał, a Niepołomice będą w moim sercu do końca życia.

Co dalej?

– To na pewno nie jest koniec kariery. Oczywiście teraz chcę odpocząć, ale do piłki będzie mnie ciągnęło, a ponieważ zdrowie mi pozwala, żeby jeszcze trochę pobiegać po boiskach – ciąg dalszy nastąpi. Mam kilka propozycji. Nie jest to już poziom I-ligowy, ale najważniejsze, że pozostanę w grze. O konkretach jeszcze za wcześnie mówić, ale myślę, że do końca czerwca wszystko będzie jasne. Wśród ofert są także propozycje grającego trenera. Na razie mam licencję UEFA B i będę chciał podnosić swoje kwalifikacje, żeby po zawieszeniu piłkarskich butów na kołku dalej być w piłkarskim świecie.

Rozmawiał Jerzy Dusik

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się