Czerwona gwiazda i święte obrazy
Z DRUGIEJ STRONY – Paweł Czado
Naprzeciw polskiej drużyny w pucharach stanie Crvena zvezda. To zawsze zapowiedź niecodziennych emocji. Serbska piłka jest bowiem konglomeratem żywiołów, sprzeczności, gorących uczuć i żarliwości. Kocha ten klub ponad połowa Serbów w tym kraju, jest dla nich powodem do dumy. Mnie już zawsze ta nazwa będzie kojarzyła się ze zdumiewającą drużyną z przełomu lat 80. i 90., kiedy odniosła sukces największy z możliwych i wdarła się na zawsze do galerii chwały. Tego nie zabierze już Serbom nikt i nieważne, że był to jednocześnie najgłośniejszy łabędzi śpiew w historii futbolu, jaki można sobie wyobrazić…
Czasów Borivoja Kosticia – faceta, który w 580 meczach wbił 539 bramek dla Crvenej – pamiętać nie mogę. Serbowie zawsze umieli grać w piłkę, choć zarówno pod szyldem Jugosławii, jak i potem samodzielnie, mieli jedną przypadłość: zniechęcali się, kiedy im nie szło. W przypadku ekipy zmontowanej przez ówczesnego dyrektora sportowego Dragana Dżajicia – samej w sobie niezwykłej legendy jugosłowiańskiego futbolu – oraz trenera Ljubomira Petrovicia – tak nie było. Pomagała oczywiście atmosfera na belgradzkiej Marakanie, zwaną też pieszczotliwie „JugoWembley” – zawsze gorąca, zawsze ognista, a temperatura na Bałkanach wzrasta przecież stukrotnie, gdy jakaś tamtejsza drużyna piłkarska jest w stanie postawić się najlepszym. A ta stała się najlepszą! W 1991 roku wygrała Puchar Europy Mistrzów Krajowych, czyli w dzisiejszym rozumieniu Ligę Mistrzów.
Jestem po pięćdziesiątce, wszyscy Szanowni Czytelnicy w moim wieku i starsi z pewnością pamiętają tę czarodziejską talię gwiazd. Zauważmy jednak, że byli w niej zawodnicy od wszystkiego – ci, którzy grali na fortepianie, ale też ci, którzy go nosili. Przykład Serbów pokazuje, że w tym drugim też można być, zwłaszcza w piłce nożnej artystą! Weźmy choćby takiego Refika Sabanadżovicia, ksywka „Żelazne Nogi”, który podczas mundialu we Włoszech omal Maradonie nóg nie połamał... Na drugiej stronie „Sportu” chcę pamiętać jednak przede wszystkim wielkich, autentycznych piłkarzy, którzy potrafili wznieść tamtą drużynę na niebotyczny poziom. Bez pięciu zawodników ta historia z pewnością by się nie wydarzyła! Umiejętności Roberta Prosineckiego, Darko Panceva, Sinisy Mihajlovicia, Vladimira Jugovicia czy Miodraga Beloledica (który wcześniej jako Rumun Beloledici zdobywał PEMK ze Steauą, ale potem poczuł się Serbem) – mogły przyprawić o zawrót głowy. – W tej formie Crvena zvezda wygrałaby z każdym przeciwnikiem. Wszystko funkcjonowało u niej bezbłędnie. Przyjechaliśmy wygrać, a broniliśmy się cały mecz. Naszym najlepszym zawodnikiem był bramkarz. Jestem oczarowany Prosineckim – mówił oszołomiony Grame Souness, trener Glasgow Rangers, po klęsce w Belgradzie 0:3 w trakcie tamtej edycji. To była nieodrodna drużyna swoich czasów. Kiedy wróciła po zwycięskim finale w Bari, gdzie w rzutach karnych ograła Olympique Marsylia, witały ją flagi z czerwoną gwiazdą, święte obrazy oraz transparenty z napisem „Samo Srbin spasiti Srbina” („Tylko Serb może uratować Serba”). A wszystko wymieszane... W kontekście tragedii, która za chwilę miała dziać się na Półwyspie Bałkańskim, można uznać to za złowieszczy, złowróżbny epizod…
Dziś mamy już jednak inne czasy, choć polityka cały czas nie pozwala o sobie zapomnieć, Widziałem niedawno, jak ukraińscy kibice wyzywali Serbów podczas rozgrywanego w Katowicach pucharowego meczu między Ołeksandriją a Partizanem Belgrad. Serbom zawsze było blisko do Rosji… Tak czy inaczej, jedno jest pewne: Lechowi łatwo nie będzie. A jeśli przejdzie Crveną zvezdę, będzie to bodaj jego największy sukces w historii startów w europejskich pucharach.
