Czekał na swoją szansę
Notowania Andreja Lukicia nie były w Chorzowie wysokie, ale ostatnio Chorwat ponownie wywalczył miejsce w wyjściowym składzie.
Pojedynki powietrzne z Lukiciem nie należą do najprzyjemniejszych. Fot. Marcin Bulanda/Press Focus
RUCH CHORZÓW
Sytuacja na środku obrony 14-krotnych mistrzów Polski jest dość specyficzna. Przed sezonem wydawało się bowiem, że stoperów jest nadmiar, wręcz za dużo, a okazało się, że... nie ma kim grać.
Odwrócona hierarchia
Defensorem numer jeden – w pełni zasłużenie – jest ten, który przychodził jako nieograna niewiadoma, czyli Nikodem Leśniak-Paduch. Miał być piątym w hierarchii, a jest zawodnikiem, od którego zaczyna się ustalanie składu. To właśnie dla niego partnera szukali najpierw trener Dawid Szulczek, a teraz Waldemar Fornalik. Na długi czas był nim Aleksander Komor, lecz były piłkarz GieKSy choć notował wiele udanych interwencji, to w swojej historii zapisał kilka kiksów i pomyłek. Nie było to spełnienie defensywnych marzeń. Pełniący obowiązki kapitana Szymon Szymański został przesunięty do drugiej linii na pozycję defensywnego pomocnika, a Przemysław Szymiński, z którym można było wiązać spore nadzieje, ciągle leczy kontuzję. Został jeszcze Andrej Lukić, który w pierwszym składzie zagrał na inaugurację z Puszczą Niepołomice, potem wszedł na końcówkę z Górnikiem Łęczna, a następnie od 3. do 13. kolejki... nie zaliczył ani minuty. Był stoperem numer 5, kilka razy zagrał nawet w rezerwach, wydawało się, że jest na wylocie. Z Odrą Opole i ostatnio z GKS-em Tychy to jednak Chorwat stworzył parę z Leśniakiem-Paduchem, wygryzając ze składu Komora.
Grywał w rezerwach
– Czasami tak bywa – odpowiedział Lukić pytany przez nas o trzymiesięczną przerwę od pierwszoligowych boisk. – Czasem grasz kilka czy kilkanaście meczów z rzędu, a czasem nie. Codziennie ciężko trenujesz i czekasz na swoją szansę od trenera, którą dostaniesz, jeśli będziesz pracował w odpowiedni sposób. Myślę jednak, że nie ma znaczenia, kto wybiega na boisko. Liczy się to, żeby grać jako drużyna. Jestem profesjonalistą, tak jak my wszyscy. Dla mnie to nie był problem, żeby zagrać w rezerwach. Nie grałem przez dłuższy czas, więc trener poprosił mnie o to, żeby złapać formę meczową w drugim zespole, zresztą tak jak kilku innych chłopaków – opisał swoją sytuację Lukić, któremu od sierpnia na pewno jest w Chorzowie raźniej. 31-latek i tak jest bardzo pogodną postacią, ale teraz ma jeszcze w szatni rodaka, Marko Kolara, z którym rozmawiał nawet, zanim napastnik podpisał kontrakt z Niebieskimi.
Chodziło o kwestie mentalne
Lukić w poprzednim sezonie słynął z „elektryczności”, niepewnych interwencji, przez które latem klub sprowadził trzech nowych środkowych obrońców (Komor, Szymiński, Leśniak-Paduch). W ostatnim, wygranym 2:1 meczu z GKS-em Tychy, zagrał jednak dobrze. – Ciężko trenowaliśmy przed tym spotkaniem, bo wiedzieliśmy, że to nie będzie łatwy mecz. Głównie chodziło o kwestie mentalne, bo wiedzieliśmy, że Tychy nie wygrały 9 spotkań z rzędu. My również nie wygraliśmy od kilku tygodni, więc chcieliśmy się przełamać. Naprawdę dobrze się przygotowaliśmy, wykreowaliśmy mnóstwo sytuacji, chociaż szkoda, że w drugiej połowie nic nie strzeliliśmy. Okej, zrobiliśmy się wtedy trochę nerwowi, musimy szukać lepszych opcji na rozwiązywanie akcji, żeby szybciej kończyć takie mecze. Najważniejsze jednak, że zdobyliśmy 3 punkty, to ważne dla atmosfery w klubie i wśród kibiców. Mam nadzieję, że będziemy to kontynuować – powiedział Lukić, zapytany przez nas również o wspomnianą przez niego nerwowość, głównie w końcówce. – Nie wiem, co powiedzieć. Może w niektórych sytuacjach trochę się nie zrozumieliśmy, strata gola również miała na nas wpływ. Pokazaliśmy jednak charakter, utrzymaliśmy wynik i jesteśmy szczęśliwi z tego powodu – podsumował Chorwat.
Piotr Tubacki
37 MECZÓW zagrał dla Ruchu Andrej Lukić, odkąd przyszedł do Chorzowa latem 2024. Wciąż czeka na debiutanckiego gola.
