Czego uczy Zbyszek Rokita?
Z DRUGIEJ STRONY - Andrzej Grygierczyk
Czytam kolejną świetną książkę Zbigniewa Rokity - pod tytułem „Aglo” (skrót od aglomeracji, śląskiej oczywiście); kolejną po m.in. „Kajś...”, za którą dostał nagrodę „Nike”, oraz „Odrzanii”. W „Aglo” wybrał się w podróż najdłuższą na Śląsku linią tramwajową – siódemką – od katowickiego Zawodzia po plac Sikorskiego w Bytomiu. Ta wyprawa to zasadniczo pretekst, by poruszać problemy Śląska, śląskości, ludzi tu mieszkających od pokoleń i tych, co przybyli kilkadziesiąt lat temu w poszukiwaniu lepszego życia. To też oczywiście pretekst do rozważań o Polsce i polskości; i jak Śląsk w tę Polskę i polskość się wpisuje.
Rozważania głębokie, a jednocześnie tak przystępnie podane, że w każdej śląskiej szkole (i nie tylko) mogłaby - powinna? - ta książka służyć jako podręcznik. Podręcznik rozumienia problemów ludzi pogranicza.
Nie mogło w tym dziele zabraknąć wątków poświęconych piłce nożnej, a jeden z rozdziałów został zaczerpnięty ze sztuki Zbyszka „Weltmajstry” granej w Teatrze Korez. Pojawia się w niej górnik Erwin, którego Święta Barbara zapytała, na czym polega piękno fusbalu. Ten odparł: „Są dwie rzeczy, które najtrudniej wyrazić słowami: tajemnicę fusbalu i tajemnicę cielesności. To drugie udało się opowiedzieć tylko kazachskiemu poecie Erbolowi Żumalugowowi (… tu trzy kropki w ramach zachęty do sięgnięcia po tę książkę - ag). Fusbal zaś wciąż czeka na swojego kazachskiego poetę”.
Rokita kocha Śląsk, kocha piłkę nożną, kocha górników. Tak jakoś się to do kupy składa, że te trzy elementy uznaje się za nierozłączne. Piłka była – i wciąż chyba jeszcze jest – fragmentem śląskiej rzeczywistości i śląskiego dziedzictwa. Kopało się piłkę, pracowało się w kopalni (na samym Śląsku w latach 70. ok. pół miliona ludzi), kibicowało swojemu klubowi, a tych górniczych - niekoniecznie tylko z nazwy - było bez liku. Im niższy szczebel, tym więcej, choć oczywiście najważniejsze były te sztandarowe: Górnik Zabrze, GKS Katowice, Szombierki Bytom, Zagłębie Sosnowiec, Górnik Wałbrzych, ROW Rybnik, GKS Tychy, GKS Jastrzębie... Prawdą jest, że taki klub lepiej lub gorzej (choć na ogół lepiej) budował prestiż samej kopalni, która go wspomagała, a dyrektor jeden z drugim uznawał za punkt honoru, by jego drużyna odnosiła sukcesy. Bo przy sportowcach, a zwłaszcza piłkarzach, zawsze się można było ogrzać. Co zresztą prominentom zostało po dziś dzień.
Ba, dyrektor... Na tę okoliczność wspominam anegdotę, którą mi sprzedano w największej tajemnicy, ale upływ lat zwalnia mnie (chyba) z obowiązku jej dotrzymania. Otóż nadszedł czas, że Jan Szlachta, wielka figura w górnictwie, a jednocześnie w latach 80. prezes Górnika Zabrze, otrzymał nominację na ministra - jakżeby inaczej - górnictwa. Wręczał mu ją wywodzący się ze Śląska premier Zbigniew Messner – wielki kibic fusbalu, mający brata Janusza, który był... kierownikiem II-ligowej wówczas drużyny Piasta Gliwice – przy okazji „grożąc” Szlachcie w te mniej więcej słowy: „Tylko żebyś Górnika mi dalej pilnował”. No to Szlachta pilnował...
Mamy inne czasy, inne górnictwo, inne kluby i inną piłkę nożną. No i przede wszystkim inny system polityczno-gospodarczy. Te wzajemne związki nie są więc już tak silne jak niegdyś, ale jednak kojarzenie tajemnicy fusbalu z tajemnicą górnictwa wciąż jeszcze się odbywa.
Tego m.in. uczy w swojej książce Zbigniew Rokita, który dzisiaj z okazji Barbórki zapewne śle najlepsze życzenia dla wszystkich górników i wszystkich... piłkarzy-górników. Dołączamy się do nich z całą serdecznością.
