Czarna Perła z Wielgowa

W piątek w wieku 84 lat zmarł jeden z najlepszych ligowych napastników lat 60. – Marian Kielec, legenda Pogoni.

Marian Kielec to legenda nie tylko szczecińskiej, ale także polskiej piłki. Fot. Pogoń Szczecin

  Z LAMUSA  

W poniedziałek Szczecinianie podejmowali Koronę. W ważnym dla układu tabeli spotkaniu pokonali jedenastkę z Kielc 2:1. Ten mecz był okazją do uczczenia pamięci piłkarza, który na trwałe zapisał się w historii portowego klubu. W Szczecinie mieli tego świadomość. Ładnie zachował się właściciel klubu Alex Haditaghi. Kanadyjsko-irański biznesmen tak napisał w mediach społecznościowych o Marianie Kielcu: „Był wspaniałym człowiekiem z piękną historią i wciąż pamiętam, jak dzielił się ze mną niezapomnianymi wspomnieniami z niektórych swoich meczów przeciwko Cracovii i Legii Warszawa. Będzie mi go bardzo brakowało. Aby uczcić jego pamięć, miejsce w mojej loży pozostanie dla niego zarezerwowane do końca roku, ozdobione kwiatami i jego koszulką”.

Rumuńska rodzina  

Marian Kielec był nietuzinkowym piłkarzem i osobą. Poświęcił mi sporo czasu, kiedy pisałem książkę „Stefan Żywotko. Ze Lwowa po mistrzostwo Afryki”. Zresztą u tego trenera, który jest rekordzistą, jeżeli chodzi o prowadzenie Pogoni (cztery i pół roku w latach 1966-70, potem to osiągnięcie wyrównał Kosta Runjaić), był jedną z kluczowych postaci.

Urodził się w 1942 roku w miejscowości Campulung Moldovenesc, czyli Kimpulung Mołdawski na Bukowinie, gdzie przed pierwszą wojną światową mieszkało sporo Polaków. Jego matka była Rumunką, a ojciec Polakiem. Tak na potrzeby wydanej przez IPN Szczecin książki w 2021 roku wspominał swoje rumuńskie wątki: – Ojciec szedł akurat z frontem, a w miejscowości Kimpulung Mołdawski był duży Dom Polski. Zaczęli tam pracować i tam ojciec poznał mamę, która była Rumunką, nazywała się Paraskiva Michailescu. Kiedy grałem w reprezentacji Polski juniorów w meczu z Rumunią na jej terenie, miałem okazję odwiedzić babcię. Opowiem anegdotę z tamtego okresu. Mama siostry poszła ze swoim synem, moim ciotecznym bratem, do kina. W kronice filmowej pokazywano wtedy fragment z tego spotkania, w którym zresztą zdobyłem bramkę. W pewnym momencie mój brat cioteczny zaczął płakać. Ciocia pyta go: „Czemu płaczesz?”. A on na to, że płacze, bo kuzyn wbił gola Rumunom – mówił z uśmiechem pan Marian, piłkarz o charakterystycznej ciemnej karnacji. 

Wodzirej i przywódca

Zdarzało się, że ktoś tam krzyknął na niego „cygan”. Marian to był jednak bardzo mocny charakter. Bardzo pewny siebie życiowo, znający swoją wartość i wiedzący, że stoją za nim tłumy. Puszczał takie odzywki bokiem. Pamiętam nasz integracyjny wieczór na Odrze, na statku mieliśmy płynąć do Trzebieży, takie chwilowe oderwanie od rzeczywistości. Tuż przed wypłynięciem pod statek podszedł jakiś facet i coś tam opowiadał o Marianie, że kumpel, że razem z nim nawet popijał. Marian patrzył z boku, nigdy go takim nie widziałem. Wkurzył się, wziął gościa za klapy i przywalił w szczękę. Tak się zapoznali. Cały Marian. Typ przywódcy, a cwaniak na boisku niesamowity! Słynął z doskonałej gry głową. W powietrzu, celnie uderzając głową, potrafił jeszcze zdjąć do kolan spodenki przeciwnikowi. Do tego niezwykle koleżeński i wesoły. Wodzirej. Bardzo lubiany piłkarz, grający przy tym szalenie widowiskowo. Wielu ludzi przychodziło na stadion tylko po to, żeby popatrzeć na jego wyczyny – opowiada kolega z boiska, potem trener i piłkarski menedżer Czesław Boguszewicz.

Przed pomnikiem Eusebio     

Po drugiej wojnie światowej rodzina Kielców przeniosła się na tzw. Ziemie Odzyskane. Swoją karierę zaczynał w LZS Wielgowo, stamtąd szybko trafił jednak do Pogoni, wypatrzony przez trenerów. Z racji ciemnej karnacji skóry nosił przydomek „Czarnej Perły z Wielgowa”. Było to nawiązanie do słynnego Eusebio, wielkiej gwiazdy Benfiki i reprezentacji Portugalii, króla strzelców piłkarskich mistrzostw świata w 1966 roku na angielskich boiskach, zwanego „Czarną Perłą z Mozambiku”.

Nie miałem go okazji spotkać i poznać osobiście, ale raz przy pobycie w Portugalii byłem przed stadionem Benfiki, gdzie stoi jego pomnik – mówił mi jeden z najlepszych zawodników w historii portowej jedenastki ze Szczecina.

Kielec, od końca lat 50. przez następną dekadę, był najlepszym strzelcem swojego zespołu. Po awansie w 1966 roku Pogoń na 13 sezonów zakotwiczyła w ówczesnej I lidze. To jej najdłuższy okres w historii w najwyższej klasie rozgrywkowej (teraz został wyrównany). Pierwszy rok gry w ligowej elicie pod wodzą trenera Żywotki zespół zakończył na bezpiecznym 9. miejscu. 10 meczów udało się wygrać, cztery zremisować, w 12 lepszy był rywal. Gwiazdą zespołu był oczywiście Kielec, kapitan zespołu i najlepszy snajper.

Wilim, Gałeczka i Kielec

Mimo że nie należał do wysokich zawodników (173 cm wzrostu), to świetnie grał głową. Sporo goli zdobywał właśnie po takich trafieniach. Był skoczny i świetnie przygotowany do każdego spotkania. – Skąd te bramki i dobra forma? Z pracy. Nieraz po treningach zostawałem jeszcze z piętnaście, dwadzieścia minut czy nawet pół godziny i dodatkowo trenowałem, ćwiczyłem. Miałem też mocne nogi. Poza tym, z wyjątkiem złamania kości strzałkowej, nie przytrafiła mi się żadna poważna kontuzja. Kiedy kupowałem spodnie, to o rozmiar większe, a to dlatego, żeby zmieściły się w nich moje mięśnie czworogłowe. W lidze, w moich czasach, była trójka specjalistów od strzelania bramek głową. To był Wilim, Gałeczka i ja. Niech kibice czy piłkarscy eksperci zdecydują, kto z nas był lepszy – mówił z uśmiechem pan Marian.

Marian to był bardzo dobry piłkarz i chłopak. Nieraz zadzwoni do mnie z Kanady z życzeniami na urodziny. Zresztą z prowadzonymi przez siebie zawodnikami zawsze miałem dobre relacje. On miał wielki potencjał i nic dziwnego, że zagrał nawet w kadrze narodowej. Skończyło się jednak tylko na jednym występie. Nasz rejon był wtedy niezauważany, większość kadrowiczów grała w Górniku, Legii czy Polonii Bytom. Stamtąd dostać się do reprezentacji było znacznie łatwiej niż z Pogoni – tłumaczył mi trener Żywotko.

Miał trafić do klubu z NRD!

Kielec zagrał w Biało-czerwonych barwach w meczu przeciwko Maroku w październiku 1962, który skończył się remisem 1:1. Czy to, że grał w Pogoni, przeszkodziło mu w zrobieniu większej reprezentacyjnej kariery? – Na pewno. Nie łudźmy się, grając w takim Górniku, Polonii, Legii czy Gwardii, byłoby łatwiej. Mając obok siebie takich zawodników jak Brychczy czy Apostel, człowiek mógł się jeszcze lepiej zaprezentować, ale ja, mając wiele ofert, nie zdecydowałem się opuścić swojego Szczecina. Tutaj kibice mnie szanowali, licznie przychodzili na nasze mecze. Nie chciałem ot tak odejść, choć wiele razy z przedstawicielami silnych wtedy Górnika i Legii rozmawiało się do północy zdradził mi kiedyś.

Tak dobrze prezentował się na polskich boiskach, że dostał propozycję gry poza granicami naszego kraju. Chciała go pozyskać silna wtedy Hansa Rostock, w latach 60. jeden z najlepszych enerdowskich klubów! – Wszystko było już załatwione, ale ostatecznie zgody na wyjazd nie wydali włodarze klubu. Wtedy zresztą był przepis, że dopiero po skończeniu 35 lat można było wyjechać za granicę, żeby grać – tłumaczył.

Skończył jako 29-latek…

Pewnie byłby w elitarnym Klubie 100, czyli zawodników z co najmniej setką goli w ekstraklasie, gdyby nie pewien znany trener… Oto cała historia, przedstawia ją były reprezentant Polski, Czesław Boguszewicz.  Kiedy trafiłem do Pogoni, Eugeniusz Ksol akurat kończył piłkarską karierę i graliśmy jeszcze razem w okręgówce. Potem, kiedy został trenerem, to chciał koniecznie pokazać, kto teraz będzie rządził i „co mi tam Kielec będzie podskakiwał”. Posadził go więc na ławce, a po meczu Marian zebrał redaktorów i powiedział im, że kończy karierę. Wszyscy myśleli, że żartuje, a on się zaparł. Aż się wtedy popłakałem. To był ktoś! Ile ja się od niego jako młody chłopak nauczyłem. Świetny technik, boiskowy cwaniak  to była dla mnie wielka nobilitacja móc trenować i grać z nim. Z dnia na dzień odszedł od piłki. Złożył papiery do Polskiej Żeglugi Morskiej i poszedł pływać, wszystko ze szkodą dla szczecińskiego i polskiego futbolu – zaznacza Boguszewicz.

Kielec wyemigrował do kanadyjskiego Hamilton, gdzie z żoną mieszkał przez kilkadziesiąt lat. W Szczecinie bywał jednak regularnie, a ostatnie lata spędził właśnie tam. Cześć jego pamięci!

Michał Zichlarz   

MARIAN KIELEC

Data urodzenia : 6 marca 1942 r.
Miejsce urodzenia : Kimpulung Mołdawski (Rumunia)
Data śmierci : 13 marca 2026 r.
Pozycja na boisku : napastnik
Klub : Pogoń Szczecin
Ekstraklasa (mecze/gole): 218/80
Reprezentacja (mecze/gole): 1/0  
Sukcesy : król strzelców ekstraklasy w sezonie 1962/63

 

Tak Marian Kielec trafiał w Pogoni w ekstraklasie

◾ 1959 – 12 meczów/9 bramek
1960 – 20/5
1962/63 – 26/18 (król strzelców)   
1963/64 – 26/9
1964/65 – 25/10
1966/67 – 21/9
1967/68 – 26/7
1968/69 – 26/5
1969/70 – 25/7

1970/71 – 10/1  

Marian Kielec (ciemna koszulka) był postrachem obrońców i bramkarzy w lidze w latach 60. Fot. 24kurier.pl

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się