Cwana Zvezda
REMANENT - Jerzy Chromik
Zadzwoniłem w zeszłym roku do Mariana Opani z życzeniami urodzinowymi i zagadnąłem powitalnie:
– Pewnie nie jestem nawet w pierwszej pięćdziesiątce składających ci hołd.
A on na to:
– Nawet nie w setce. Dzwoni do mnie od rana każdy debil, który pamięta ze szkoły, że 9 razy 9 to 81.
Na koniec usłyszałem, że prawdziwi przyjaciele w tym trudnym dniu do niego nie dzwonią, bo wiedzą, że od dawna nie liczy wiosen i zim.
My wszyscy nagle i chyba całkiem niepotrzebnie zaczęliśmy nadrabiać zaległości z arytmetyki. Jeśli w szkole podstawowej nie szło komuś za bardzo, gubił się w ułamkach i miał trudności z tabliczką mnożenia, to teraz poczuł się znowu jak w III b! A ja mam teraz już serdecznie dosyć tego dodawania, odejmowania, mnożenia i dzielenia. I tych niekończących się spekulacji. Bo prawie każdy z dziennikarzy obliczył, kiedy Liga Mistrzów zaprosi nas do fazy ligowej na czerpanym papierze. Bez gry, w nagrodę za ranking!
Kiedy?Ano wtedy, gdy cztery nasze niby europejskie drużyny wygrają swoje mecze na wyjazdach i u siebie w kolejnych rundach eliminacyjnych, a ci, co przed nami, choćby Czesi, przerżną wszystko, co mogą. To takie klasyczne nasze polskie „chciejstwo”, jak pięknie nazywał takie spekulacje w tamtym wieku Mistrz Reportażu – Melchior Wańkowicz!
No to co, teraz wracamy do ostatniej ławki w Europie, przeznaczonej dla drugorocznych? Może nie od razu, ale kalkulatory można na jakiś czas odłożyć. Wystarczyła Cwana Zvezda w Poznaniu i Larnaka podejmująca Legię kolacją na gorąco!
Tego wieczoru nie zapomnę długo, bo... meczu na Cyprze nie oglądałem. Tak samo jak Janek Urban. Siedziałem tyłem do telewizora, a selekcjoner akurat dosiadł się naprzeciwko do stołu redakcyjnego „Sportu” przy stanie 1:1 i zapytał, kto pierwszy strzelił gola w tym meczu. Odpowiedziałem, że Nsame, ale znowu nie cieszył się nim zbyt długo, bo VAR chciał inaczej.
Janek udał się potem, nie znając końcowego wyniku Legii, do Częstochowy na mecz Rakowa z Hajfą. Mógłbym teraz zażartować, że niepotrzebnie. No, chyba że był emisariuszem Kuleszy i miał zakomunikować Brzęczkowi jako pierwszy, że na pocieszenie po bardzo udanej prezentacji powerpointowej w siedzibie PZPN-u dostaje „na przechowanie” kadrę narodową do lat 21.
Spotykałem często Jurka na korytarzach Woronicza, gdy nie miał jeszcze dobrze płatnej posady i dorabiał jako ekspert. Ilekroć go widywałem, to wracał z mej pamięci tytuł po meczu wyjazdowym olimpijskiej w Aalborgu przegrany bodaj 0:5. Dałem wtedy w gazecie „Brzęczek przed Barceloną”! Nie miałem racji. Drużyna szamana Wójcika, niesiona dopingiem, przywiozła srebro i omal nie zmieniła szyldu i pojechała dalej.
A propos szyldu. Nadal jest ten sam! Skrót PZPN rozwijany był przez prześmiewców na różne sposoby, ale wciąż pozostaje pole do popisu. Choćby taka propozycja: Polski Związek Pozorowanych Nominacji. Adam Majewski jedzie na turniej z nowym kontraktem, a po powrocie budzi go brzęczek. Prezesa odznaczonego Kawalerem. Wyrywa ze snu i komunikuje... Żartowałem z tą umową. Mam dwie wiadomości. Najpierw ta zła? Nie jesteś już selekcjonerem. A dobra? Będzie nowy turniej z udziałem chłopaków do lat 21. Popatrz na to z boku i ucz się, Adasiu. Może tak jak Brzęczek dostaniesz kiedyś dorosłą kadrę. Do oclenia. Jak Michniewicz i Probierz. No, chyba że nie zdążę cię już nominować, bo pójdę za potrzebą. Do polityki...
Tyłem do telewizora, twarzą do selekcjonera. Fot. JCH
