Córka dla nas już jest zwyciężczynią
Rozmowa z Tomaszem Chwalińskim, tatą finalistki Rolanda Garrosa
Tomasz Chwaliński (z lewej) - w rozmowie z naszym wysłannikiem - zawsze był wielkim wsparciem dla Mai, a od trzech tygodni razem z panią Marcelą są przy córce w Paryżu. Fot. Tomasz Mucha
Wierzycie państwo w wielkoszlemowy tytuł Mai?
- Oczywiście! Tak było przed każdym meczem - zawsze wierzymy w zwycięstwo córki, żyjemy z meczu na mecz, a nawet jeżeli się nie uda wygrać finału, wiemy, że Maja zrobiła, co mogła. Dla nas już jest zwyciężczynią.
Razem z małżonką, panią Marcelą, towarzyszycie Mai w Paryżu, udzielacie mnóstwa wywiadów, a ile meczów zobaczyliście?
- Jesteśmy tutaj od pierwszego dnia kwalifikacji. Przyjechaliśmy, żeby zobaczyć wszystkie mecze, więc zobaczyliśmy wszystkie. W sumie dziewięć. Maja zafundowała nam wspaniałe trzy tygodnie w Paryżu, tego się nikt nie spodziewał (śmiech).
Czy któryś z meczów przeżywaliście państwo bardziej, a może napięcie narasta z każdym kolejnym?
- Dla mnie największy ładunek emocjonalny miał ostatni mecz kwalifikacji z Holenderką Suzan Lamens. W eliminacjach też uczestniczą bardzo dobre tenisistki, o czym Maja przekonała się boleśnie wielokrotnie. To jest osobny turniej, który bardzo trudno wygrać.
Czy państwo wyobrażaliście sobie, że córka będzie walczyła o największe splendory w turnieju wielkoszlemowym?
- Bez przerwy, marzyliśmy o tym cały czas! Maja oczywiście też. Zresztą każdy sportowiec chyba marzy o najważniejszych trofeach. Są takie wywiady z córką, gdy jako 12-latka wygrała polską edycję Longines Future Tennis Aces, a nagrodą był start w turnieju międzynarodowym w Paryżu. I mówi w nich, że chciałaby kiedyś wygrać Rolanda Garrosa. Jak widać jej marzenia właśnie się spełniają...
Maja odbiega posturą od czołowych tenisistek i może nie ma takiej siły, ale znalazła finezyjny sposób na ogrywanie ich...
- Przede wszystkim nie demonizowałbym różnicy wzrostu, bo są w czołówce tenisistki podobne do Mai, która ma 164 centymetry, jak choćby Włoszka Jasmine Paolini i jeszcze kilka innych. Kiedyś wygrywała turnieje Słowaczka Dominika Cibulkova, ale do tego nasza córka jest leworęczna, więc sama śmieje się, że jest trochę „odmieńcem”. Maja nie jest wcale słaba fizycznie, ma jednak mięśnie i siłę.
Czy jej wszechstronność wiąże się z tym, że jako dziecko uprawiała też inne dyscypliny?
- Pierwszym sportem było karate w wieku sześciu lat - to bardzo fajne zajęcia ruchowe. Nie myśleliśmy wtedy o żadnej karierze sportowej, ale chcieliśmy, żeby Maja coś ćwiczyła, żeby mogła się wybiegać, dobrze rozwijać, nie siedzieć tylko przed komputerem. Sama bardzo chciała uprawiać sport, zawsze była ruchliwa. Być może odziedziczyła sportowe geny (pan Tomasz uprawiał w Kielcach piłkę ręczną – przyp. red.), ale sama na wszystko zapracowała.
Jak tenis pojawił się w jej życiu?
- Była taka akcja, Talentiada tenisowa, którą w Dąbrowie Górniczej prowadził Paweł Kałuża. I tak się zaczęło. Przez pierwsze lata Maja łączyła tenis z siatkówką w szkole, nawet z pewnymi sukcesami. To też pomagało jej rozwijać sprawność, trochę inne mięśnie. Pan Kałuża był długoletnim trenerem tenisowym Mai, a Jaroslav Machovsky w Bielsku-Białej to dopiero drugi szkoleniowiec w karierze córki.
Tenis wymaga sporych pieniędzy związanych z podróżami na turnieje. Co z perspektywy rodziców było najważniejsze dla kariery córki?
- Rodzice mogą tylko zachęcić i zapewnić wsparcie psychiczne i mentalne. Tego potrzebuje każde dziecko, ale to sam młody człowiek musi chcieć uprawiać sport; to nie może być przymus, żeby poganiać go batem.
A ile razy państwo radzili córce, żeby sobie odpuściła sport i zajęła się w życiu czymś pewniejszym?
- Ani razu! Bez względu na to, jakie były warunki, jakie napotykała przeszkody, jakie kontuzje, zawsze ją wspieraliśmy. Wiedzieliśmy, że Maja tego od nas chce i potrzebuje, żeby w nią wierzyć. I wierzyliśmy, że kiedyś osiągnie sukces. Nie wiedzieliśmy kiedy i jaki, ale najważniejsze dla nas było to, żeby czuła się zadowolona i spełniona w tym, co robi.
Dzisiaj pewnie jest szczęśliwa?
- Myślę, że jest, ale też skupiona czeka na najbliższy mecz. Jest jeszcze bardzo młodą sportsmenką, za chwilę będą kolejne turnieje i wyzwania, nic się nie zmieni. W dalszym ciągu trzeba zaciskać zęby, trenować, koncentrować się. Znając charakter Mai, jestem przekonany, że nie spocznie na laurach. Zawsze podchodzi do wszystkiego profesjonalnie, począwszy od diety przez trening na korcie i w siłowni, po regenerację. Jej nigdy nie trzeba było poganiać, ona ma samodyscyplinę.
Trzymamy więc kciuki za Maję w finale!
- Dziękuję! Ten turniej jeszcze się dla niej nie skończył...
