Como i klątwa Czesława

WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka

„Wiadomo, że 2:0 to niebezpieczny wynik”, rzekł był niegdyś trener Czesław, ksywa 711 - nie on pierwszy rzekł, ale do niego się ta fraza przykleiła tak bardzo, że od lat mówimy w Polsce o klątwie Michniewicza, gdy drużyna szybko traci dwubramkowe prowadzenie. Chciałem sprawdzić, kto jest prawdziwym ojcem tej sentencji, ale osiągnąłem już paranoiczny poziom lęku przed kocopałami sztucznej inteligencji – nie wierzę internetowym podpowiedziom, a na przegrzebanie źródeł do felietonu czasu szkoda, niechże więc zostanie uznane to ojcostwo, Michniewicz się powinien cieszyć, że coś w świadomości powszechnej przykrywa jego staż w roli call-boya Ryszarda F, alias „Fryzjer”. Rzeczona fraza miała uzmysłowić efekt rozprężenia i fałszywej pewności ekipy, która po podwyższeniu na dwa zero nabiera fałszywego przekonania o tym, że mecz jest rozstrzygnięty – od kiedy jednak aforyzm michniewiczowski wszedł do piłkarskiego kanonu, zdarza się, że ma moc wywoływania paniki na prawach odruchu warunkowego. Zwłaszcza, jeśli niespodziewanie wygrywa drużyna obiektywnie słabsza: jeszcze się piłkarze cieszą, jeszcze radośnie wskakują na puklerz strzelca, jeszcze wykonują spontaniczną cieszynkę a już w duszach myślą: „Dżizas-kurwa-ja pierdolę, dwa zero, to przecież klątwa Czesława, po cośmy strzelili, teraz dopiero się zacznie jatka”. No i się zaczyna faktycznie, jak na sygnał jedni zaczynają się potykać ze strachu o własne nogi, a drudzy nabierają animuszu, mecz się przeobraża, wynik się odwraca, wygrany mecz kończy się porażką, było murować bramkę przy jednobramkowym prowadzeniu, było poskromić apetyty. Skądinąd pamiętam, jak w sezonie 22/23 Niebiescy szli po awans do Ekstraklasy i wiele z meczów wygrali dopiero w końcówkach, gdy kibice intonowali klubowy hymn – raz i drugi się udało przypadkiem, ale potem rywalom miękły nogi, bo już przed meczem mieli w głowach, żeby się strzec „efektu hymnu”. Futbol to także gra psychologiczna, człowiek jest istotą podatną na sugestie. Wszystko to mi się przypomniało przy okazji meczów Como z Interem – obu przegranych w odstępie dziesięciu dni przez ekipę Cesca Fabregasa, pomimo dwubramkowego prowadzenia w obu potyczkach. Fabregas to jest szkoleniowe zaprzeczenie Michniewicza – nie interesuje go wynik za cenę ultradefensywnej strategii, ale przyświeca mu zasada „styl nade wszystko”. Jego ekipa, sowicie dofinansowana przez indonezyjskich miliarderów, gra wysokim pressingiem i chce być kochana za piękną grę, nawet jeśli ta nie zawsze jest skuteczna. Rynek trenerski dzieli się na romantyków i pragmatystów, Katalończyk należy zdecydowanie do tych pierwszych, jego zadaniem jest nie tylko zbudowanie nowej siły w włoskim futbolu, ale nade wszystko stworzenie drużyny grającej najpiękniej we Włoszech. W Lombardii nie wystarczy mieć jeszcze jednej paczki w czubie tabeli, sukcesów drużyn z Mediolanu nie da się przelicytować, można za to skraść serca kibiców dynamiczną, ofensywną i odważną grą – w taki sposób jak przed laty uczyniła to Atalanta w erze Gian Piero Gasperiniego. Como tej wiosny miało nawet nadzieję na podwójny sukces – awans do Champions League i do finału Pucharu Włoch – obie te ambicje trzeba będzie odłożyć na przyszłość właśnie za sprawą porażek z Interem. Najpierw, w kosmicznym meczu ligowym, jednym z najlepszych z sezonie, niebiesko-biała furia przez czterdzieści pięć minut sprawiała, że Inter nie wiedział, co się dzieje i wszystko byłoby ok, gdyby Nico Paz nie podwyższył na to przeklęte dwa zero. Jeszcze przed przerwą Nerazzuri zaczęli odrabiać straty, zdobyli cztery kolejne gole – i uwaga: przy dwubramkowym prowadzeniu znowu zaczęli się gubić. Como trafiło do siatki, a w ostatniej chwili w poprzeczkę – było o włos od remisu, skończyło się 3:4. W środę w półfinale Copa Italia Inter był rozchełstany, zblazowany i po prostu kiepski, Como wygrywało i było lepsze, aż w końcu Piotr Zieliński przypomniał sobie o klątwie Czesława i poświęcił dla dobra drużyny. Podał w środku pola tak niechlujnie, że przy tej klasie zawodnika można podejrzewać sabotaż – po jego stracie Nico Paz podał do rozpędzonego Da Cunhy i zrobiło się 0:2. Zielu za karę musiał zejść z boiska, ale czynił to w spokoju ducha – klątwa musiała zadziałać, Inter zaczął się zbierać właśnie za sprawą zmiennika Polaka, Petar Sucić wszedł na pół godziny i zdążył zaliczyć asystę, a także cudowną zwycięską bramkę. Z perspektywy Interu porzekadło Michniewicza brzmi więc nieco inaczej: „0:2 to fantastyczny wynik, wtedy zaczyna się zabawa”. Rozleniwione gwiazdy najlepszej drużyny Półwyspu Apenińskiego, która właśnie sięga po dwudzieste pierwsze scudetto, muszą sobie wymyślać dodatkowe wyzwania, aby znaleźć motywację. A Como na razie gra pięknie i najpiękniej przegrywa.

Starcie Assane Diao z Como (z prawej) z Manueeml Akanjim z Interu. Fot.  IMAGO/PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się