Coffeeshop na Narodowym
WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok
Hola, hola, Holandio, holowałaś ten remis w końcówce, szanowałaś go, przyznaj, to już nie czasy, w których stratę punktów z Polakami można określić mianem kompromitacji. To był dla ciebie dobry wynik, Holandio, spójrz na statystyki strzałów, czternaście sześć dla gospodarzy, siedem trzy w celnych, no nie mam pytań. Może i Pomarańczowi przyjechali do Warszawy, żeby się zrehabilitować za wrześniowy marazm z Rotterdamu, ale rychło pojęli, że na Narodowym co najwyżej mogą powalczyć o zwycięski remis. Poziom pewności siebie i absolutnego przekonania o różnicy klas, jaka dzieli piłkę niderlandzką od polskiej, spadał w jednostajnym tempie od pierwszych minut wrześniowej potyczki, gdy Oranje jeszcze próbowali technicznych sztuczek, chwackich dryblingów i gry w dziada aż po końcówkę meczu piątkowego, kiedy ich wcale nie ucieszyło, że sędzia doliczył aż sześć minut (wskutek dodatkowej przerwy w grze, którą wymusili bracia po racy).
Nie zagraliśmy „jak” równy z równym, to po prostu był mecz dwóch równorzędnych drużyn. Zastosujmy więc sylogizm optymistyczny: Holendrzy twierdzą, że wybierają się na mundial po mistrzostwo świata (i nie są to nastroje odklejone od rzeczywistej klasy ekipy Koemana), my dwukrotnie zagraliśmy z nimi na remis, przy czym ten warszawski trzeba uznać za remis ze wskazaniem na naszych, a zatem jeśli Polska awansuje na mundial, ma wszelkie dane ku temu, by myśleć o Pucharze Świata.
Posypała się polska defensywa przed meczem z powodu kartek i kontuzji? Gdzie tam posypała, zabrakło dwóch podstawowych obrońców i klasycznej szóstki, to trzeba było atakować bez opamiętania – łatwo powiedzieć, ale Janowi Urbanowi najwyraźniej także łatwo zrobić. Przemiana, jakiej dokonał w krótkim czasie z reprezentacji Polski, jest szokująca - każdy się odnajduje na boisku, wie, co ma grać i potrafi to robić, Polacy prezentują waleczność, umiejętności i skupienie, choć nad tym ostatnim wciąż można popracować. Na początku drugiej odsłony seria niefortunnych zdarzeń skończyła się stratą bramki - podwójny błąd Grabary, a także błąd w kryciu.
I to mnie najbardziej wkurza – myśmy musieli na swojego gola zapracować absolutnie doskonałą asystą Lewego i zimnokrwistym wykończeniem akcji przez Kamińskiego, a Holendrzy dostali od nas gola w podarunku. Do wielkości brakuje nam tylko tego, żebyśmy wreszcie przestali rozdawać te cholerne prezenty. Asysta Lewandowskiego była bajeczna, jak mistrzowski slice na korcie, Robert posłał Kamińskiemu piłkę nie tylko idealnie w tempo, ale nadał jej taką rotację, że minąwszy obrońców nagle zwolniła w odpowiednim momencie przed napastnikiem FC Koeln. To zagranie już się wdrapało na podium moich ulubionych asyst w historii piłki, gdzie pierwsze miejsce niezmiennie zajmuje podanie Maradony do Caniggi przed zdobyciem zwycięskiej bramki w meczu z Brazylią na włoskim Il Mondiale 1990.
Wszyscy nasi zawodnicy wypełnili swoje zadania doskonale, niezależnie od tego, czy jak Matty Cash czy Kamiński są akurat w życiowej formie docenianej przez klubowych trenerów, czy jak Zieliński czy Ziółkowski męczą się w klubach w roli zmienników. Zwłaszcza obrona imponowała: zaskakująco rewelacyjny Kędziora, świetny Ziółkowski, pewny Kiwior – czy ktoś jeszcze pamięta, że za czasów Probierza uważaliśmy naszą linię obrony za bodaj najsłabszą w historii, Bednarek był symbolem nieudacznictwa, a i tak wyglądał jak profesor choćby przy takim Dawidowiczu? Jeśli ktoś z naszych rozczarował, to chyba tylko Zalewski w pierwszej połowie, bo na dzień dobry zmarnował setkę, a po kwadransie pogubił się w akcji, która mogła przynieść gola.
Wśród Holendrów nikt się niczym szczególny nie wyróżnił, może oprócz Depaya, których dołożył gola do swojego rekordu – nikt nie strzelił w historii tylu bramek dla Oranje, to była jego 55. bramka - a przecież nikt o zdrowych zmysłach nie uzna Memphisa za najlepszego napastnika w historii holenderskiej piłki, ot paradoks i psikus losu… Zwrócił też na siebie uwagę Van De Ven, kiedy w drugiej połowie znowu pomknął skrzydłem jak w ostatnim meczu Tottenhamu w Lidze Mistrzów, na szczęście Zieliński go taktycznie zatrzymał. Rajdem dnia pozostał więc szalony bieg przez pół boiska z ruletą i asystą Jana Faberskiego w meczu juniorskiej kadry.
To tyle o sporcie. Trudno jednak zmilczeć popisy Polski kibolskiej. „PZPN rzucił race naszymi rękami”, rzekł był przedstawiciel kibolstwa patriotycznego o nazwisku Pilecki? Czy oni sobie tam w stowarzyszeniach psychopatriotów zmieniają nazwiska? Prezes się nazywa Chrobry, pierwszy sekretarz Dmowski, a skarbnik Jagiełło? Ja bym panu Pileckiemu po tym, co powiedział. dodał jeszcze przydomek - żeby jednak jakoś rozróżnić od rotmistrza, a żeby brzmiało z historyczno-patriotycznym zaśpiewem - „Poyebałło”. Polska kibolska poczuła, że jak ma swojego ziomka w Pałacu Prezydenckim, to teraz już jej nikt nie podskoczy. Oprawcy chcieli wnieść oprawę, Pilecki pokazywał przed kamerą zamknięte kartony na dowód, że wszystko miało być grzecznie i legalnie, tam w środku tylko biało-czerwone flagi i kolorowe kartony, szkoda że jeszcze nie dodał, że to wszystko dla rodzin z dziećmi, oczywiście tych, co przemaszerowały trzy dni wstecz przez Most Poniatowskiego, wnosząc przyjazne, familijne hasła w patriotycznej atmosferze. Nie było pozwolenia na wniesienie sektorówki, to się kibolstwo zemściło i obok tradycyjnej pieśni o tym, jak należy kochać Polski Związek Piłki Nżnej, wykonało nowatorski performance z cyklu światło i dźwięk – race na boisko i przyśpiewka „Miała, k…a, być oprawa, teraz pali się murawa”. Holendrzy lubią palić trawę, Polacy nie gorsi. Karol Nawrocki lubi to.
Fot. Mateusz Porzucek. Press Focus
