Cisza jest dobra na... pogrzebie
Rozmowa z Marianem Piechaczkiem, byłym kapitanem GKS-u Tychy, który w 1976 roku zdobył wicemistrzostwo Polski
Łukaszowi Piszczkowi mocno brakuje trenerskiego doświadczenia. Fot. Łukasz Sobala / Press Focus
Czy nadchodzący mecz Stali Mielec z GKS-em Tychy obudzi wspomnienia sprzed 50 lat?
– Te wspomnienia są ciągle żywe! Często patrzę w końcową tabelę sezonu 1975/76 i widząc, że nasz zespół miał na mecie tyle samo punktów co Stal, za każdym razem czuję wielki niedosyt. A przypomnę, że drużyna z Mielca pół wieku temu to była nie tylko krajowa potęga. Miała przecież w swoich szeregach króla strzelców mistrzostw świata z 1974 roku Grzegorza Latęo i podstawowego pomocnika tamtej reprezentacji Polski Henryka Kasperczaka. Co więcej, wcześniej była mistrzem kraju, a w sezonie 1974/75 zdobyła wicemistrzostwo, co dało jej prawo gry w pucharze UEFA i dotarła w nim aż do ćwierćfinału. Właśnie wiosną 1976 roku Mielczanie w walce o półfinał europejskich pucharów po remisie 1:1 w Hamburgu z HSV w rewanżu u siebie przegrali 0:1. Ich złość z tej porażki spotęgował jeszcze przegrany finał Pucharu Polski ze Śląskiem Wrocław. Nic więc dziwnego, że na finiszu sezonu ligowego Mielczanie rzucili na szalę wszystkie swoje atuty i wyprzedzili nas lepszym bilansem bramkowym, zdobywając swój drugi, a zarazem ostatni jak do tej pory tytuł.
Jak wyglądały wasze bezpośrednie starcia z tamtego sezonu?
– W Mielcu 1 listopada zremisowaliśmy 0:0, a u nas 15 maja przegraliśmy 0:2, ale akurat nie ta porażka zadecydowała o tym, że przegraliśmy walkę o mistrzostwo. Najgorsze był to, że cztery dni później „popłynęliśmy” z Wisłą w Krakowie, przegrywając 0:5, a po kolejnych trzech dniach na naszym boisku pokonało nas Zagłębie Sosnowiec. Tamten majowy tydzień okazał się kluczowy, bo zepchnął nas z pierwszego miejsca. I choć na finiszu pozbieraliśmy się, wygrywając 1:0 w Warszawie z Legią i 2:1 z Pogonią Szczecin u nas, to Stali nie udało się już wyprzedzić. Niewiele nawet brakowało, żebyśmy zakończyli sezon na czwartym miejscu, bo do 89 minuty spotkania z Pogonią remisowaliśmy 1:1, a ten wynik spychał nas za podium. W ostatnich sekundach jednak nasz snajper Romek Ogaza wywalczył, a następnie wykorzystał rzut karny i do dzisiaj jesteśmy w historii klubu jako twórcy największego sukcesu. Wprawdzie później Gienek Cebrat w Górniku Zabrze, a ja w Ruchu Chorzów zdobyliśmy mistrzostwo Polski, ale Kazik Szachnitowski, Stefan Anioł czy Leszek Olsza, z którymi regularnie spotykamy się na trybunach tyskiego stadionu, żeby oglądać mecze naszych następców, mają w swoim dorobku „tylko” wicemistrzostwo. Oni mają więc jeszcze większy niedosyt.
Spodziewał się pan na starcie obecnego sezonu, że te dwa kluby, pół wieku po największym sukcesie, będą walczyć o utrzymanie?
– Absolutnie nie. Przecież Stal w poprzednim sezonie grała w ekstraklasie, a GKS Tychy był mistrzem wiosny w I lidze. Na starcie obecnych rozgrywek fachowcy upatrywali te drużyny jako kandydatów do walki o awans, a okazuje się, że po 23. kolejce są w strefie spadkowej. Ten najbliższy mecz może więc decydować o tym, która z nich się utrzyma, a może nawet zdarzyć się tak, że obydwa zespoły znajdą się w gronie spadkowiczów. Mam taką nadzieję, że jednak tym razem to naszej drużynie szczęście dopisze chociaż – mówiąc szczerze – nawet zwycięstwo w Mielcu jeszcze niczego nam nie zapewni. Sytuacja drużyny Łukasza Piszczka jest bowiem bardzo ciężka. Po ostatnim meczu z Puszczą Niepołomice siedzieliśmy sobie w tej naszej grupie wicemistrzowskiej i rozważaliśmy wszystkie za i przeciw. Przeciw było znacznie więcej…
Na czym polega największy problem GKS-u Tychy?
– Po pierwsze brakuje punktów. Rok temu 30 „oczek” dawało utrzymanie, a my mamy ich po 23 kolejkach tylko 14. Nic więc dziwnego, że zajmujemy ostatnie miejsce w tabeli. Owszem, teoretycznie można jeszcze zdobyć 33 punkty, ale jak to zrobić, skoro w zespole nic nie funkcjonuje? Najbardziej brakuje nam odpowiedzialności każdego zawodnika za swoje miejsce na boisku. Mnie jako obrońcę najbardziej denerwuje to, że stoperzy cofają się aż do pola karnego i w piątce próbują ratować sytuacje. W dodatku stoją jeszcze kilka kroków od przeciwników. Nic więc dziwnego, że rywale mają miejsce i czas na oddanie strzału, a z takiego bliska bramkarz nie ma szans na reakcję. Pamiętam z czasów swojej gry, że po meczu schodziłem do szatni, ledwie mówiąc, bo miałem zdarte gardło. Cały czas po wybiciu piłki z naszej połowy wyganiałem obrońców do połowy boiska, żeby przeciwnik był jak najdalej od naszej bramki. A teraz obrońcy grają z bramkarzem, podając mu piłkę w sytuacji, gdy przeciwnik naciska i siódemką-ósemką zawodników jest na naszej połowie. Nie podoba mi się taki sposób rozpoczynania gry, bo na dojście do pola karnego rywala potrzeba wtedy czasu, a pokonanie tych 70-80 metrów boiska staje się zadaniem ponad siły. Może tak grają w Lidze Mistrzów, ale w naszej sytuacji, w której potrzebujemy punktów, najlepsze efekty da prosta gra, bo kombinowanie nic dobrego nie daje. Te same błędy ciągle się powtarzają.
Czy w obecnym GKS-ie Tychy jest jakiś piłkarz, którego gra może dać nadzieję na udany finisz?
– Uczciwie powiem, że nie mamy takiego piłkarza-dyrygenta, a w dodatku trener też nie daje takiego impulsu. Nie ma wodzireja na murawie, a Łukasz Piszczek – bez wątpienia wielki piłkarz – nie ma ani doświadczenia trenerskiego, ani charakteru przywódcy. Nawet najlepsze wskazówki przekazane podczas analizy rywala czy w szatni w przerwie potrzebują jeszcze „wzmocnienia” w trakcie gry. Nasza ławka jednak milczy, a cisza jest dobra na... pogrzebie.
Rozmawiał Jerzy Dusik
Marian Piechaczek. Fot. Łukasz Sobala / Press Focus
