Ciepło, słońce i ten entuzjazm
Rozmowa z Błażejem Korczyńskim, trenerem reprezentacji Polski w futsalu, inaugurującej w sobotę start w mistrzostwach Europy
Mikołaj Zastawnik (z lewej) i Tomasz Kriezel – dwa ważne atuty Biało-czerwonych na Euro 2026. Fot. Artur Kraszewski/APPA/Press Focus
Po co jedziemy na mistrzostwa?
- Chcemy zagrać dobry turniej. Jeszcze 7-8 lat temu zajmowaliśmy 23. miejsce w rankingu europejskim i byliśmy na pograniczu gry w preeliminacjach. Dzisiaj jesteśmy w pierwszej dziesiątce i w kwalifikacjach losowani z pierwszego koszyka. To nasze trzecie z rzędu finały Euro; jesteśmy – oprócz Hiszpanii, Portugalii i bodaj Ukrainy – jednym z nielicznych zespołów, któremu się to udało. Dwukrotnie graliśmy w barażach do mistrzostw świata, a trzeba pamiętać, że na nie tylko 7 drużyn z Europy. Jesteśmy więc mocnym średniakiem, ocierającym się o ten pierwszy koszyk, co oczywiście jest dla nas strasznie trudne, pamiętając o Hiszpanii, Portugalii, Włoszech czy Francji. W tych krajach futsal to... religia. Ale – wracając do pytania - jesteśmy mocną drużyną, która chciałaby zrobić coś fajnego, ale w tym momencie cieszymy się z tego, co jest. Awansowaliśmy z 1. miejsca, bodaj jako trzecia drużyna. Gramy równo, jesteśmy poprawni. Chciałbym, żebyśmy tak samo poprawni byli na tym turnieju. Czy to wystarczy na zrobienie czegokolwiek? Mam nadzieję.
W grupie macie aż dwóch z czterech mocarzy, a więc Włochów i Portugalczyków. Poprzeczka jest zawieszona nie tyle wysoko, co bardzo wysoko....
- To prawda, ale nie ukrywam, że może to dobre dla nas, dla naszej nacji. My uwielbiamy popadać ze skrajności w skrajność. Gdy trafi nam się w losowaniu potencjalnie słabszy rywal, to mówimy: „już wygraliśmy, nie ma problemu z wyjściem z grupy”. A jak wpadamy na tych mocnych, to od razu słychać: „nie mamy szans”. Czyli dla nas nigdy nie ma dobrego rywala (śmiech).
Zanim zagramy z faworytami, zaczniemy z Węgrami. To dobrze?
- Zaczynamy z Węgrami, więc – trzymając się konwencji - „łatwo będzie”. No nie, nie będzie. Moja rozmowa z zawodnikami od dłuższego czasu jest taka, że trzeba respektować i szanować każdego rywala. Jak się tego nie robi, to można przegrać mecz, który teoretycznie powinno się wygrać. Co do kolejnych przeciwników, to mam już trochę mniejszą robotę. Nie muszę motywować chłopaków i uczulać na różne rzeczy. Koncentracja na mecz z Włochami czy z Portugalią jest na najwyższym poziomie; mnie tylko pozostaje zwrócić uwagę na pewne detale i na to, żeby zawodnicy pozbyli się tremy.
A o to ostatnie jest trudno?
- W ciągu ostatnich czterech miesięcy graliśmy z pięcioma drużynami z pierwszej dziesiątki rankingu FIFA. Dwa razy z Brazylią, z Francją, z Japonią. Ostatnio dwa razy zmierzyliśmy się z AE Palma, trzykrotnym klubowym mistrzem Europy, więc takie zespoły nie robią już na nas wrażenia. Kiedyś z takimi rywalami potykaliśmy się „eventowo” raz na trzy lata, bo nie zapraszały nas na mecze, a kwalifikacje do turniejów mistrzowskich były co dwa lata. I to było zderzenie ze ścianą. Teraz gramy regularnie, więc zawodnicy wiedzą, czego się spodziewać.
A nie będzie trochę trudniej przez to, że rywale już was też trochę lepiej znają?
- Na to Euro – dla mnie już trzecie w roli trenera – co nieco zmieniliśmy, wykorzystując doświadczenia z dwóch poprzednich turniejów. Ten pierwszy to w ogóle było „wow, jedziemy na mistrzostwa!”. Wszyscy szczęśliwi, kontakt z najlepszymi zawodnikami, więc trzeba sobie zrobić zdjęcia, wyjść na trening oficjalny, zobaczyć jak hala jest super przygotowana. No i już było po turnieju. Drugi też był nieco „niefrasobliwy”. Przygotowania – w Polsce - miały wyglądać jak teraz: zgrupowanie, powrót na 2-3 dni do domu, bo zawodnicy mają małe dzieci, więc tęsknią, potem powrót i wyjazd do Amsterdamu. Ale trafił się COViD i z reprezentacji piłkarzy ręcznych, którzy też mieli turniej mistrzowski, wyleciało bodaj siedmiu zawodników. Postanowiliśmy więc, że nie rozjeżdżamy się do domów, żeby nie wrócić zarażonymi, a UEFA zapowiadała codzienne testy. W sumie nasze przygotowania ciągiem trwały prawie 20 dni plus turniej. W styczniu o 15.30 jest ciemno; na dodatek dzień w dzień to samo: hotel, hotel-hala, hala-hotel... Entuzjazmu do gry na pierwszy mecz zostało w chłopakach tyle, że od razu przegraliśmy. Pomny tamtych wydarzeń, zmieniłem miejsce przygotowań: polecieliśmy tam, gdzie jest ciepło, słońce i ten entuzjazm. Zagraliśmy dwa mecze z mocnymi rywalami. Kolejna rzecz: nie robiliśmy w tym okresie niczego innego od tego, co robiliśmy w eliminacjach. Podbijanie bębenka, dodatkowe sesje zdjęciowe, dresy i garnitury na wyjazd - to wszystko nas wtedy rozpraszało, więc teraz tego nie było.
A sama robota treningowa? Szukanie zaskoczenia rywala?
- Też nie zmieniliśmy nic. Robimy te same fragmenty, w tym samym modelu gry. To też kwestia dotychczasowych doświadczeń. Na Amsterdam zmieniłem obronę, która... się nam trochę rozjechała, bo ją za krótko trenowaliśmy, więc wyszedłem z założenia, że rywal może o nas wszystko dobrze wiedzieć, ale jeśli zagramy tak, jak powinniśmy grać, to będzie dobrze. Bo przecież Brazylia wiedziała jak gramy, i Francja wiedziała, Japonia też wiedziała. A z Brazylią trzymaliśmy 1:1 do 38 minuty i graliśmy równy mecz, a z pozostałymi dwoma przeciwnikami wygraliśmy. Niech więc Włosi i Portugalczycy też o nas wiedzą wszystko. Myślę, że lepsze jest wytrenowanie i poprawne robienie czegoś w idealny sposób niż próba zaskoczenia kogoś czymś, co nie jest powtarzalne i może – ale nie musi – zadziałać.
Słówko jeszcze o tych „łatwych” z pozoru Węgrach?
- Są na etapie „Polska 2019-2020”, na podobnej drodze, którą ja przyjąłem. Na losowaniu rozmawiałem z ich trenerem, Hiszpanem Sergio. Kiedy zobaczył, że jego podopieczni to nie są Hiszpanie czy Portugalczycy, którzy będą prowadzić grę, skupił się na dobrej obronie i szybkim ataku, czyli na tych rzeczach, które Węgrzy mogą spełnić. To młody zespół, budowany z wyznaczonym kierunkiem i podobnym do polskiego modelem gry, ale z dużo mniejszym doświadczeniem. Są trochę jak my sprzed czterech lat, czyli zespół, który potrafił zrobić niespodziankę z Hiszpanią 1:1, ale też przegrać z potencjalnie słabszym rywalem. Dlatego musimy być czujni, żeby właśnie to nie był ten jeden mecz, który im się uda w sposób szczególny. Musimy to zniwelować, a zarazem być konsekwentni w swoim modelu gry.
A ja jednak zapytam o to, czym – a raczej kim – możemy rywali zaskoczyć?
- Mamy zespół, który jest zbudowany na kolektywie. Zresztą generalnie w piłce i w życiu kształcimy raczej szarych ludzi i zawodników, a nie takich, którzy mają swoje zdanie. Nie wiem, czy to gorzej. Na pewno inaczej niż do tej pory, więc raczej nie ma takich zawodników, którzy wyskoczą mocno ponad przeciętną i czymś zaskoczą. Liczę na młodzież, na przykład na Kacpra Pawlusa. Był z nami w kwalifikacjach na początku, później musieliśmy mu zrobić przerwę, bo miał maturę - a najważniejsza jest edukacja, sport schodzi w takim momencie na drugie miejsce. Po powrocie bardzo słabo grał, na dodatek przyszła kontuzja i nagle po niej Kacper się odbudował. W obu meczach z Palmą byłem mocno nim zbudowany. Ma 19 lat, ale już Hiszpanie i Brazylijczycy mieli z nim ogromne problemy. Do formy wraca Mikołaj Zastawnik. Bardzo się baliśmy, że może nie zdążyć po operacji. Przygotowania zaczął w grudniu, tak naprawdę zagrał 15 minut dopiero w meczu z Japonią (21.12. - przyp. red.) – i tylko dlatego, że mu na to pozwoliliśmy. Wiedzieliśmy bowiem, że on potrzebuje meczu, żeby się przełamać, poukładać sobie wszystko w głowie, zobaczyć, że znów może grać na 100%, że mu się nic nie stanie. No i Mikołaj w ostatnim meczu z Palmą już był tym zawodnikiem, który Azerbejdżanowi strzelił 5 bramek. W ten sposób wlał w naszej serca kolejną porcję nadziei.
Dużo pan mówi o tych spotkaniach z Palmą...
- Bo zespół – zwłaszcza w drugim meczu - świetnie wyglądał. A byłem pełen obaw przed tym dwumeczem, bo Mateusz Madziąg przyjechał z urazem łydki, a tę potrafi się leczyć dwa tygodnie. Do tego dość poważne dolegliwości żołądkowe przywiózł do Hiszpanii Piotrek Skiepko. O Mikołaju już mówiłem, więc na początku zgrupowania byliśmy zaniepokojeni: mamy dwa tygodnie do Euro, a tu tyle zagadek. Na szczęście z Palmy wyjechaliśmy w pełni zdrowi, a za ten dwumecz wyróżniłbym... wszystkich.
Dobrze zagrali?
- Może nie byliśmy zbyt skuteczni, bo oddaliśmy 43 strzały, a oni – tylko 31. To pokazuje, że dominowaliśmy w grze, ale rywale mieli więcej jakości. I to ta jakość spowodowała, że to oni wygrali.
To jeszcze pytanie o to, ile zarobią piłkarze za ewentualne mistrzostwo Europy, którego wam życzymy?
- Nie mam zielonego pojęcia. Będziemy o tym rozmawiać po ewentualnym awansie z grupy.
Rozmawiał i notował Dariusz Leśnikowski
Harmonogram Biało-czerwonych (wszystkie mecze wTVP sport)
◾ Sobota, 24 stycznia: Węgry - Polska, godz. 17.30◾ Wtorek, 27 stycznia: Polska - Włochy, godz. 20.30
◾ Czwartek, 29 stycznia: Portugalia - Polska, godz. 20.30
◾ Bramkarze: Michał Kałuża (Rekord Bielsko-Biała), Michał Widuch (Piast Gliwice).
◾ Zawodnicy z pola: Sebastian Grubalski (KS Constract Lubawa), Grzegorz Haraburda (Rekord), Maciej Jankowski (FC Reiter Toruń), Paweł Kaniewski (Constract), Tomasz Kriezel (Piast), Michał Kubik (AZS UŚ Katowice), Sebastian Leszczak (BSF ABJ Powiat Bochnia), Mateusz Madziąg (We-Met Gmina Sierakowice), Michał Marek (Rekord), Kacper Pawlus (Rekord), Piotr Skiepko (Jagiellonia Białystok), Mikołaj Zastawnik (Rekord).
Dzień kapitana
Efektownie swój czwarty start na Euro rozpoczęli Belgowie. Pokonując Białorusinów 4:0 (1:0) odnieśli pierwsze zwycięstwo od... 1996 roku, kiedy w meczu o brąz wygrali zwyciężyli po dogrywce Włochów 3:2. Na miano bohatera piątkowego wieczoru zapracował Omar Rahou, zdobywca hat tricka. - To jak sen. Strzelić trzy gole i wygrać pierwszy mecz to coś niesamowitego. Co za dzień! - mówił szczęśliwy kapitan Belgów, a wynik ustalił Steven Dillien. W drugim piątkowym spotkaniu Słowenia przegrała z Hiszpanią 1:4 (0:4).
(ZC)
Błażejowi Korczyńskiemu humor przed turniejem dopisuje! Fot. Artur Kraszewski/ APPA/ PressFocus
