Chwila wstydu

Z DRUGIEJ STRONY - Andrzej Grygierczyk

Czasem człowiek się wstydzi, że zajmuje się sportem. Może wstydzić się tego, w jakim towarzystwie się znalazł, a i tego, że w tym towarzystwie trwa. Dlaczego trwa? Różnie bywa. Bo nie widzi poza nim innego pomysłu na życie? Bo zalety funkcjonowania w nim biorą górę nad wadami? Bo z czasem moralne ostrze, z którym planował iść przez życie, się stępia? Może lepiej nie odpowiadać na te pytania...

No więc jest mi wstyd od paru dobrych dni. Bezpośrednią tego przyczyną była (jest) walka władz Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego z ukraińskim skeletonistą Władysławem Heraskewyczem, a konkretnie z grafiką na jego kasku, na którym uwiecznił nazwiska swoich poległych na wojnie z Rosją kolegów i przyjaciół wywodzących się ze świata sportu. MKOl zakazał mu tego, powołując się jednocześnie na artykuł 50. Karty Olimpijskiej, który wprowadza „zakaz wszelkiego rodzaju demonstracji lub propagandy politycznej, religijnej albo rasowej na obiektach olimpijskich i w innych miejscach”. Ta walka zakończyła się wykluczeniem Heraskewycza z igrzysk.

Gwoli ścisłości i sprawiedliwości trzeba podkreślić, że próbowała go nakłonić do zmiany decyzji o trenowaniu i startowaniu w rzeczonym kasku szefowa MKOl Kirsty Coventry, ale nic nie wskórała. Można to rozumieć – MKOl jest ostrożny, ale i bezwzględny wobec takich wydarzeń, bo można sobie wyobrazić, że igrzyska ze swoją miliardową widownią telewizyjną stałyby się nieustającym polem politycznej demonstracji bardzo różnych sił z bardzo różnych krajów, na dodatek bardzo często totalnie ze sobą sprzecznych. Trudno sobie wyobrazić, jakie by to mogło rodzić konsekwencje dla przebiegu igrzysk.

No ale na rany Boga – Heraskewycz nie nawoływał do niczego złego, nawet formalnie rzecz biorąc nikogo nie potępiał, nie szerzył żadnej ideologii i poglądów, a jedynie składał hołd swoim poległym przyjaciołom, jednocześnie przypominając światu, że w bardzo niewielkiej odległości od Włoch toczy się krwawa wojna, w której giną tysiące ludzi; i że Ukraina jest tej wojny wielką ofiarą. Tylko tyle i aż tyle.

Czy więc to godne potępienia? Czy godne potępienia jest to, że może gdzieś w świecie, chociażby w Brazylii albo i Chinach, dla których to krajów wojna w Ukrainie jest czymś odległym, może wręcz rodzajem abstrakcji, uświadomią sobie z całą mocą, że dzieje się na wielką skalę koszmar, w żaden sposób niezawiniony przez ofiarę.

Tymczasem godne potępienia są często-gęsto zachowania ludzi, którzy za światowy sport odpowiadają. Dołóżmy do tego ich przyjaźnie, na przykład szefa FIFA, Gianniego Infantino, z Putinem albo z Trumpem, przed którym nie tak dawno nieomal klękał. Część federacji sportów zimowych w niektórych krajach też nie miałaby wiele naprzeciw dopuszczeniu rosyjskich sportowców do rywalizacji. No bo co oni winni, że ich władcy rozpętali wojnę. A ileż to innych federacji – na czele chociażby z tenisową – na oścież otwiera furtki do startów. Czy ten rodzaj tolerancji to polityka, czy nie?

Czyli agresorom wolno się kłaniać, a może nawet i do nich łasić, ale kask - niewinny w sumie symbol – budzi niechęć i zakłopotanie; i rodzi najbardziej dla sportowca dotkliwe konsekwencje.

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha uznał decyzję Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego o wykluczeniu z igrzysk Heraskewycza za „chwilę wstydu”. Istotnie, znowu są powody do wstydu.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się