CHRIS WOOD
GWIAZDA
Nowa Zelandia nie ma drugiej takiej postaci, jak Chris Wood. Fot. Andrew Surma/SIPA USA/PressFocus
Kiedy niedawno Polacy mierzyli się z Nowozelandczykami, nie brakowało głosów ludzi, którzy mówili „znam u nich tylko Wooda”. I nie może to dziwić. 33-letni napastnik jest bowiem piłkarskim człowiekiem-instytucją, najbardziej rozpoznawalną personą tej dyscypliny w kraju, w którym futbolowi daleko do numeru jeden. Tam rządzą rugby, w drugiej kolejności jest krykiet. Mimo że Chris Wood w zeszłym sezonie potężnej angielskiej Premier League strzelił 20 goli, ustępując w tej kwestii tylko Haalandowi, Isakowi i Salahowi, wprowadził Nottingham Forest do pucharów, a rok wcześniej wpakował tam 14 bramek – w ojczyźnie nie wyskakiwał z lodówki, nie znajdował się na każdej okładce. A mowa o drugim najlepiej zarabiającym sportowcu z Nowej Zelandii. Więcej inkasuje tylko Steven Adams w NBA.
W kolejnym meczu dla kadry (jeszcze nie wiadomo z kim) Wood pobije rekord i swoim 89. występem wysunie się na czoło w klasyfikacji spotkań dla All Whites. Już dawno został najskuteczniejszym zawodnikiem, ale i tak w jego ojczyźnie wciąż pojawiają się wątpliwości, czy to... najlepszy piłkarz w historii Nowej Zelandii. Na wyspie wciąż żywa jest legenda Wyntona Rufera, który w Werderze Brema zdobył mistrzostwo Niemiec, dwa krajowe puchary i Puchar Zdobywców Pucharów. Wprowadził też kraj na pierwszy mundial, w 1982, a to samo zrobił teraz Wood. Jego rodacy są świadomi, że strefa Oceanii jest tak słaba, że udałoby się to i bez niego. Kapitan jednak nie marudzi i choć od 15. roku życia gra i żyje w Anglii, regularnie lata przez pół świata, by rywalizować z Fidżi czy Wyspami Salomona. Kiedyś poleciał nawet... mimo kontuzji, by chociaż z ławki wspierać kolegów i dawać przykład młodzieży.
(PTub)
