Chłopaki też płaczą
Powrót do korzeni, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Moje felietony to przysłowiowy groch z kapustą. Mam nadzieję, że Czytelnicy już się do tego przyzwyczaili, okażą wyrozumiałość. Nigdy nie będę pisał jak Julio Cortazar, którego pionierskie dzieło „Gra w klasy” można czytać rozpoczynając od dowolnej strony i powrócić do lektury w innym miejscu. Idąc tym tropem zacznę dzisiaj od Kuby Wojewódzkiego. Celebryty, błazna, dowcipnisia, bezlitosnego dla ludzi nie z jego bajki. Jego zdaniem bieda to stan umysłu, co wskazuje na brak empatii i oderwanie od rzeczywistości. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że facet był zwalniany przez nadopiekuńczą mamusię z lekcji wf i generalnie do sportu mu daleko. Przyznaję, że jest błyskotliwy, inteligentny, oczytany, ale niekoniecznie dowcipny. Z wiekiem jego dowcip z wyrafinowanego zmienił się na obleśny, polegający na wkładaniu ręki pod majtki, ostatnio częściej własne niż cudze. To ohyda, gdy podstarzały lowelas pyta osiemnastolatkę, czy rajcuje ją jako mężczyzna i proponuje striptiz.
Za skromne 25 złotych można sobie tego wesołka zafundować do domu na dłużej. Wolę dorzucić stówkę lub dwie i zakupić zabawki dla podopiecznych Domu Dziecka, którym się od dawna opiekuję. Nie wahałem się też zasilić konta pomocy dla Hani, bohaterki turnieju charytatywnego. Dziewczynka jest nieuleczalnie chora od lat a jej tata - kiedyś znany sędzia piłkarski - rok w rok ściąga na boisko znanych sportowców, trenerów, artystów. Stali bywalcy to Andrzej Strejlau, Darek Dziekanowski, Igor Gołaszewski, Sławo Stempniewski. Grudzień kojarzy nam się z przedświąteczną działalnością charytatywną. Każdy ubogi człowiek czy chore dziecko zasługuje na ciepły gest, skromny upominek. Kuba Wojewódzki pewnie tego nie zrozumie, Czytelnicy „Sportu” na pewno tak. Każdy z nas ma blisko siebie ludzi czekających na nasz dobry uczynek.
Rozeźlony bałaganem pod Stadionem Narodowym (przypominam, że imienia Kazimierza Górskiego) przed meczem Polska - Holandia dopytałem o szczegóły sekretarza generalnego PZPN. Łukasz Wachowski szczerze mi wyjaśnił, że wymóg używania wyłącznie biletów papierowych wynika z lawiny oszustw przy próbie wprowadzenia wejściówek w wersji pdf, czyli przenośnego dokumentu elektronicznego. Pojawili się spryciarze - oszuści. Pewien cwaniak sprzedał jeden bilet... stu osobom. Zarobił krocie, a nabywcy nie weszli na mecz i mieli kłopoty z prawem. Zmiana nazwiska i numeru PESEL na takim bilecie to błahostka nawet dla ogarniętego komputerowo nastolatka. Idealnym wyjściem byłaby sprzedaż biletów przez aplikację, ale to już wyższa, bardzo kosztowna szkoła jazdy. Stosuje ją FIFA i UEFA, sprzedając bilety na mundial i EURO. To są jednak firmy z takimi budżetami, że nawet najbogatszy polski związek sportowy PZPN przypomina osiedlową Żabkę wobec londyńskiego Harrodsa.
Grubszego kalibru problemem jest umowa z pośrednikiem mocno ostatnio nagłośniona przez popularną stację telewizyjną. Mam duży dystans do tego rodzaju programów interwencyjnych, często są robione na polityczne zamówienie, ale nie twierdzę, że tak musi być zawsze. Formułuje się wiele poważnych oskarżeń, które nie znajdują później potwierdzenia, są demolowane przed sądem. Prawda „słowo skowronkiem się wznosi, a jastrzębiem spada” skrzywdziła już wielu, mnie też. Strzelanie kapiszonami to ulubiona metoda domorosłych szeryfów bez amunicji w colcie. Zachęcam PZPN do pełnej transparentności, zamrożenia rzeczonej umowy i poczekanie na kontrolę Komisji Rewizyjnej, ciała do tego powołanego. Wierzę w szczęśliwy finał, oby był to kolejny kapiszon, a nie zabójcza kula.
Psioczymy, kpimy z polskiej Ekstraklasy, ale przynajmniej nudy w niej nie ma. Śledzę te rozgrywki od ponad pół wieku i nie pamiętam takiego ścisku w tabeli, która przypomina kolarski peleton. Zwarta grupa pędzi (człapie?), podział na liderów i outsiderów bardzo się zatarł. Ci z końca peletonu włączyli ostatnio piąty bieg jak w piosence „Budki Suflera”. Papierowi faworyci, dominatorzy poprzedniego sezonu strachliwie oglądają się za siebie, czują na plecach oddech tych, których przed sezonem skazywano na role dostarczycieli punktów. Wystarczą dwie kolejki ligowe, by Termalika i Piast zepchnęły w otchłań Legię i Raków. To oczywiście dodaje lidze atrakcyjności, ale nasuwa się pytanie, czy to równanie w górę czy w dół? Gdybyśmy byli reprezentowani w Europie lepiej niż w Lidze Konferencji UEFA... Na razie to marzenie senne, ale nie marzenie ściętej głowy na szczęście, niech żywi nie tracą nadziei.
Podobno chłopaki nie płaczą, a jednak... Mężczyźni mają takie same pokłady empatii i prawo do okazywania uczuć jak kobiety. Wrażliwość nie ma płci. Nie kryję, że uroniłem łzę na gali 100-lecia koszykówki w Polonii Warszawa. Za młodu byłem skromnym kierownikiem drużyny złożonej z gwiazd basketu. A jako kibic potrafiłem jechać przez całą noc pociągiem z Budapesztu (tam studiowałem), by świętować wicemistrzostwo Polski „Czarnych koszul”. W pewnym sensie byłem protoplastą dzisiejszych fanów podróżujących za ukochaną drużyną, nie bacząc na koszty, pogodę i odległości. Warszawska Polonia zawsze była klubem rodzinnym i biednym. W nobliwym Teatrze Polskim spotkało się kilka pokoleń wspaniałych koszykarek i koszykarzy. Znany trener Adam Latos przyznał, że wyszkolił setki dobrych sportowców, a najbardziej cieszy go, że wychował zastępy porządnych ludzi, bo naukę zawsze stawiał ponad sport na liście wymagań. Oby taką drogą poszły pokolenia Y (1980-99) i Z (urodzeni po roku 2000). Są w życiu wartości, których sztuczna inteligencja nie nauczy. Człowiek - to brzmi dumnie!
Wystarczą dwie kolejki ligowe, by Termalika i Piast zepchnęły w otchłań Legię i Raków. To oczywiście dodaje lidze atrakcyjności, ale nasuwa się pytanie, czy to równanie w górę czy w dół? Fot. Grzegorz Misiak/PressFocus
