Chamowo
REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
O czym tym razem będzie? Tytuł wydaje się dość prowokacyjny. To tak w telegraficznym skrócie.
Saska Kępa to dzielnica Warszawy kojarzona od dziesięcioleci z inteligentami. Ci przyjęli niezbyt przychylnie ingerencję budowniczych stolicy, którzy w latach 70. ubiegłego wieku postanowili wybudować im po sąsiedzku trochę mieszkań według nowej technologii. Dawni mieszkańcy od razu nazwali osiedle nowych sąsiadów pogardliwie – Chamowo. Bo trafiła tam, ich zdaniem, ludność przypadkowa i nieokrzesana.
A jak było naprawdę? Najpierw w realu, a później w dzienniku Mirona Białoszewskiego, którego tytuł zachował tę nazwę dla potomnych? Współlokator i przyjaciel poety w roku 1975 dostał przydział na mieszkanie w bloku z wielkiej płyty na Saskiej Kępie. Przestraszył się jednak tej zmiany adresu. Autor „Pamiętnika z powstania warszawskiego” nie bał się aż tak bardzo przeprowadzki z Placu Dąbrowskiego, więc zgodził się na zamianę i skorzystał z przydziału. A potem? Potem już tylko narzekał. Na administratorki, akustyczne stropy i ściany, wścibskie sąsiadki i leniwych hydraulików, bo w nowym mieszkaniu przeciekało wszystko. Najczęściej logika.
Marzec 2026. Teatr Ateneum. Scena 20. Premiera „Chamowa” w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Idę, bo sztuka wydaje się idealna na ten czas. Natenczas?
– Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty
Swój róg bawoli, długi, cętkowany, kręty (...)
Spokojnie, nie będzie analizy IV księgi „Pana Tadeusza”. Musi być jak co tydzień trochę o sporcie, bo to nie felieton do „Tygodnika Literackiego”. Kuszą jednak pewne analogie. A może by tak spojrzeć na sport jak na tamtą Saską Kępę? I na te bloki z wielkiej płyty jak na obce ciała w obrębie niby tej samej dzielnicy? Bo czysty sport, który jeszcze niestety pamiętam, ma dziś coraz więcej z... Chamowa.
A już taki futbol to schamiał nie wczoraj i nie przedwczoraj. Dostarcza codziennie na pęczki dowodów. A ten najnowszy to niby tylko incydent? W ostatniej kolejce ekstraklasy zawodnik Klich, kiedyś nawet reprezentant kraju, brutalnie fauluje bramkarza w chwili wykopu przez niego piłki. A potem udaje, że on nie ma z tym nic wspólnego, choć w kadrze są tylko oni dwaj. Co wtedy mówi komentator?
– Taki stempelek, to miało prawo trochę zaboleć.
A przy sfaulowanym przez kilka długich minut uwijają się lekarz z masażystą. To nieprzyznawanie się do złych zachowań zastanawia mocno. Rodzi dodatkowe pytania o uczciwość i prawdę boiska. W dobie, gdy mamy do dyspozycji slow motion i wszystko widać w powtórkach jak na dłoni, winowajcy nadal nie poczuwają się do... win. Wbrew obrazom z różnych kamer.
A jak jest w tenisie? Niby dyscyplina dżentelmenów i pań z dobrego domu. Wimbledon wciąż pilnuje białych strojów, bo te kojarzą się z niewinnością i... aniołkami. Zamiast aniołków coraz więcej jednak diabełków. Pokonana Siniakova miała całkiem niedawno kłopot, by podać rękę rywalce i sędzi. Nasza Iga z kolei krzyczy: Odwal się! Do kogoś w boksie. A przecież nawet o tym boksie mawiało się kiedyś „szermierka na pięści”. A co dziś mamy? Mamy... MMA. Prawie co wieczór tylko kilka ciosów dzieli nas od zabójstwa na oczach rozbawionej gawiedzi. Świat oszalał. I znikąd ratunku. A już na pewno nie można liczyć na polityków. Listonoszy zła.
Owszem, pozostały nam jeszcze konkursy fair play nagradzające za szlachetne postawy na arenach. Ktoś bywa czasami doceniony za zwykłą przyzwoitość. Za to, że zachowa się tak, jak kiedyś było to normą. Przeprosi za faul, pomoże wstać, pożyczy bidon. Rządzi jednak chamstwo i pieniądz, a ten nie wybacza słabości. Miliony są do wzięcia, więc przyzwoitość staniała do ceny kostki masła w promocji.
Zamiast fair play mamy czas fair... pay! Trudno się z tym pogodzić, ale trzeba z tym żyć. Aż do końca...
Czysty sport ma dziś coraz więcej z Chamowa, nie tylko tego teatralnego. Fot. BCH
