Cena naiwności

Legia Warszawa bardzo skomplikowała sobie życie, przegrywając 1:4 z AEK-iem Larnaka. Czy będzie w stanie odrobić stratę?

Mileta Rajović na razie trafił... do własnej bramki. Fot. Wojciech Dobrzynski / Legionisci.com / PressFocus

LEGIA WARSZAWA

Trzy bramki straty przywiozła Legia Warszawa z wyprawy na Cypr. AEK Larnaka w drugiej połowie rozniósł Wojskowych, którzy w pierwszej odsłonie meczu nie prezentowali się tak źle. Remisowali 1:1, mieli kilka okazji, wyróżniał się przede wszystkim napastnik Jean-Pierre Nsame, który wpisał się na listę strzelców. Ostatecznie jednak przegrali 1:4...

Przed meczem, w jego trakcie, a także po ostatnim gwizdku - podkreślano, że w Larnace było wyjątkowo gorąco (temperatura wynosiła ponad 30 stopni Celsjusza). Może to miało wpływ na fakt, że zawodnicy Edwarda Iordanescu grali coraz gorzej z każdą minutą. Zresztą szkoleniowiec po zakończeniu rywalizacji właśnie upałem sposób próbował tłumaczyć porażkę. - Wiedzieliśmy, że w czwartek zagramy z bardzo trudnym rywalem, w niezwykle wymagających warunkach. Dało się to dostrzec. Byliśmy spóźnieni, brakowało energii i intensywności – powiedział rumuński szkoleniowiec. Czy to jednak był główny powód przegranej? Nie. Wydaje się, że z tego opiekun Legii też zdaje sobie sprawę.

- Nie jestem zadowolony, bo w Europie, gdy masz swoje szanse, musisz je wykorzystywać. My tego nie zrobiliśmy. To, co stało się w drugiej połowie, musimy dokładnie przeanalizować. Nie można być tak naiwnym na tym poziomie. Drugą bramkę straciliśmy po naszym rzucie rożnym. Czasami nie możesz wygrać, ale nie możesz również stracić tylu goli – stwierdził Iordanescu. 

Sytuacja Legii przed rewanżem w Warszawie jest więc  - tak szczerze -fatalna. Z AEK-iem nie wystarczy wygrać u siebie. Trzeba Cypryjczyków zdominować, zdobyć mnóstwo bramek. A na to - biorąc pod uwagę styl gry AEK-u - się nie zanosi.

Ponadto trudno uwierzyć, że Legia nie straci ani jednego gola w rewanżu. Pamiętając naiwne błędy obrony w czwartek – o których zresztą wspomniał szkoleniowiec – trudno być optymistą. Stołeczna defensywa przy każdym straconym golu zachowała się fatalnie. Raz Jan Ziółkowski (dla którego był to mecz pożegnalny przed transferem do Romy) był spóźniony, innym razem żaden z piłkarzy nie pomyślał o tym, żeby pilnować w polu karnym napastnika strzelającego bramkę, a przy kolejnym straconym golu pozostawiono strzelającemu tyle miejsca, że ten mógł wręcz zapytać broniącego Kacpra Tobiasza, w który róg chciałby się rzucić. Czy takie braki da się nadrobić w ciągu kilku treningów?

Symptomatyczna jest lista strzelców czwartkowego starcia. Bramkę dla Legii zdobył Nsame, który przez poprzedniego trenera, Goncalo Feio, został błyskawicznie skreślony i ostatnie pół roku spędził na wypożyczeniu w St. Gallen. Okazuje się, że teraz jest to jeden z najlepszych piłkarzy Wojskowych na początku sezonu – w czterech meczach kwalifikacji do Ligi Europy trzykrotnie wpisał się na listę strzelców. Z drugiej strony gola dla AEK-u zdobył Karol Angielski, który w polskiej ekstraklasie zagrał właściwie tylko jeden bardzo dobry sezon (2021/22), gdy był piłkarzem Radomiaka. Przez lata zawodził... Na koniec wisienka na torcie, czyli gol samobójczy Milety Rajovicia. Legia zapłaciła za duńskiego napastnika 3 miliony euro. Stał się on tym samym najdroższym zawodnikiem w historii ekstraklasy. Zamiast jednak pomagać warszawianom w ataku, ten w niewytłumaczalny sposób trafił do własnej bramki, podwyższając prowadzenie AEK-u. Ładnie rozpoczął strzelanie w nowym klubie... Co Legia musi więc poprawić? Właściwie wszystko...

Kacper Janoszka