Casus Piszczek, czyli klops zamiast Kloppa
MUCHA NIE SIADA, czyli cotygodniowy felieton Tomasza Muchy
To dobry trener jest, tylko nie ma wyników… – głosi stare porzekadło futbolowe. Znakomicie puentuje jedyne tak naprawdę kryterium oceny trenera w profesjonalnym sporcie. Co nie znaczy, że skreśla wszystko inne.
Niedawno jeden z zarządzających drużyną na szczeblu centralnym dał mi wyraz podobnej rozterce: zatrudnił młodego trenera, który ma znakomity, nowoczesny warsztat, wszystko przejrzyście zaplanowane, taktykę i strategię w paluszku, wie, co to tercje i fazy przejściowe, podopiecznych ma rozebranych na czynniki pierwsze i godzinami mógłby analizować ich dobre i mocne strony, do tego jest kulturalnym, zwyczajnie dobrym człowiekiem, no nie ma się do czego przyczepić, wszystko tip-top, tylko – cholera! – zespół pod jego kierunkiem przegrywał mecz za meczem…
Mamy najgłośniejszy casus ostatnich dni – Łukasza Piszczka. Debiutant na ławce „awansował” z GKS-em Tychy na ostatnie miejsce w pierwszej lidze, nie zaznając smaku zwycięstwa w ośmiu meczach. 66-krotny reprezentant Polski szybko się więc od tyskiej ławki odkleił, ale – oj! – dostało mu się porządnie za „niedorobek” i rejteradę.
„Skrajny blamaż”, „totalna katastrofa”, „największa kompromitacja”, „zbłaźnił się”, „jak szczur uciekł z okrętu” – nie przestawał strzelać mój redakcyjny kolega Mariusz Rajek („Sport” nr 58). W swej jasnogórskiej moralnej szarży wpadł chyba w jakiś amok sądu ostatecznego, zwieńczony złowróżbną przestrogą: „Zachowanie Piszczka jest tak hańbiące, że na długie lata powinien go spotkać ostracyzm środowiska, a każdy, kto choćby pomyśli o jego zatrudnieniu – być wytykanym palcami”… Uff, no straszno; mnie w tej perorze zabrakło tylko rozkazu ze znanego dowcipu: rozstrzelać, a potem przesłuchać.
Okej, odetchnijmy głęboko świeżym powietrzem. Przesłuchania Piszczka, swoją drogą, z chęcią bym wysłuchał – aczkolwiek domyślam się, że upłynie trochę wody w rzekach, zanim człowiek będzie chciał się swoją perspektywą na tyski rozdzialik życiorysu z kimś podzielić, a tym bardziej na forum. Na razie – pozwalam sobie założyć z racji pięciu już dekad życiowego zmagania z losem – zapewne chciałby się schować w ciemnym kącie, ukryć przed widokiem publicznym, opanować skołatane nerwy, pozbierać myśli, odespać nieprzespane noce...
Bo perspektywa zagonionego w kozi róg klubu, który rzekomo zapewnił trenerowi ptasie mleko (osławione już tureckie zgrupowanie i dziewięć transferów, no tylko Messiego zabrakło…), to jedno; ale jest jeszcze perspektywa ludzka – perspektywa człowieka, który robił wszystko w dobrej wierze, ale zwyczajnie nie wyszło lub – tropem kolejnego anonimowego prześmiewcy – wyszło jak zwykle…
Perspektywę Mariusza Rajka i innych rozpalonych recenzentów poniekąd rozumiem. Myślę, że na swój sposób oddaje skalę zawodu tych najbardziej zagorzałych fanów tyskiego GKS-u, którzy mogli oczekiwać, że skoro ich dołującą drużynę obejmuje ktoś o takim nazwisku, to misja wprost musi się udać! No bo jak to – reprezentant, ćwierćfinalista Euro 2016, mistrz Niemiec, podglądacz znakomitych trenerów, na czele z samym Kloppem! A tu – zamiast namiastki Kloppa – wyszedł wielki klops!
No dupa zbita – za przeproszeniem – i zarazem kolejny przyczynek, jak nieprzewidywalną i nieracjonalną w ocenie jest robota trenera, jak zależną od „podwykonawców” i wielu, wielu innych okoliczności. Piszczek nie jest przecież pierwszym świetnym piłkarzem, któremu kompletnie nie wyszło na ławce – vide Zbigniew Boniek; śmiem twierdzić, że ci z sukcesami na obu polach to rodzynki: w ostatnich dekadach może tylko Pep Guardiola, Cesare Maldini, Diego Simeone, ktoś jeszcze…?
Proszę sobie też uczciwie odpowiedzieć na pytania: czy był ktoś mądry, kto przewidział, że to Leszek Ojrzyński doprowadzi Zagłębie Lubin na czub ekstraklasy? Albo czy ktoś zakładał, że wychwalany pod niebiosa Mariusz Misiura, opiekun niedawnego innego sensacyjnego lidera z Płocka, przerżnie pięć kolejnych meczów? No właśnie…
Jak trudno było Piszczka nie cenić za boiskowe umiejętności, za serce dla Biało-czerwonych i międzynarodową karierę w Borussii Dortmund, tak trudno mu teraz – tak mi się zdaje – po ludzku nie współczuć. On przecież także najpierw podjął ogromne ryzyko, bo zakładam, że nie przychodził do Tychów dla pieniędzy, choćby niemałych jak na zwykłego śmiertelnika; on też włożył w tę pracę ogrom zaangażowania, czasu, pasji, serca, całego swojego bogatego futbolowego know-how. I na koniec on i tak dostał w pysk: przyszło mu spojrzeć w lustro i gorzko skwitować, że to i tak za mało, że nie wystarczy, że „może ja się nie nadaję?”…
Czy Łukasz Piszczek się skompromitował? Nie udało mu się po prostu. Nie wyszło. Nie spełnił oczekiwań – pewnie nawet niezbyt wygórowanych. Owszem, poniósł zawodową klęskę, po której będzie się zapewne długo zbierał; kto wie, czy przy takim falstarcie w ogóle jeszcze kiedykolwiek zdecyduje się wrócić w roli trenera. Ale wstydu na pewno nie ma, bo w życiu – jak mawiali przodkowie – wstyd to tylko kraść.
Piszczek zapewne chciałby na razie schować się w ciemnym kącie, ukryć przed widokiem publicznym, opanować skołatane nerwy, pozbierać myśli, odespać nieprzespane noce... Fot. Łukasz Sobala / PressFocus
