Całkiem udana randka w Toruniu
Rozmowa z Januszem Rozumem, sędzią podczas Halowych Mistrzostw Świata Kujawy Pomorze 26, statystykiem lekkoatletycznym i telewizyjnym komentatorem
Właśnie decyduje się medal dla Polski w sztafecie mikst - sztafeta Jamajki powala Holendrów i Amerykanów… Fot. Michał Laudy/PressFocus
Mistrzostwa Kujawy Pomorze 26 wynikowo były najlepszymi w historii HMŚ, a w pana ocenie też były ciekawe?
- Poziom był wysoki, ale dlatego, że zawody były rozgrywane w Europie. Rok temu w Chinach to była przecież łapanka, żeby w ogóle sportowcy przylecieli. Tak znalazła się w Nankinie choćby nasza sztafeta 4x400 kobiet, która zdobyła dla Polski jedyny medal. Generalnie halowe mistrzostwa nie są już tak atrakcyjne jak jeszcze jakiś czas temu. Jeżeli komuś bardzo zależy na sezonie letnim, to raczej jej unika, bo trenerzy narzekają, że przy tak późnym terminie mistrzostw trudno im potem zdążyć z przygotowaniem formy zawodników. Splendor na stadionie jest jednak zdecydowanie większy, ale teraz World Athletics płaciło za złoto wcale niemało, 40 tysięcy dolarów, więc kilka gwiazd się skusiło, z korzyścią dla poziomu mistrzostw.
Ale jedyny nowy rekord świata pod dachem nie był dziełem nikogo z wielkich - jak Mondo Duplantis, Keely Hodgkinson, Cole Hocker czy Jarosława Mahuczich, - lecz niepozornego wieloboisty ze Szwajcarii…
- Faktycznie, Simon Ehammer jest raczej mikry jak na specjalistę wieloboju, tylko 184 cm, nawet o jeden mniej od już niskiego poprzedniego rekordzisty. Amerykanina Ashtona Eatona. Wszyscy Szwajcara dopingowali. Rewelacyjnie dopracował najsilniejsze konkurencje, jak choćby płotki. Co prawda wzwyż zaliczył tylko 2,02, ale nadrobił w tyczce, gdzie skoczył 5,30. Super sprawa.
Czy jakieś inne wydarzenie weekendu w Kujawsko-Pomorskiej Arenie Toruń pana rozpaliło?
- Miałem dużo obowiązków związanych z sędziowaniem sprintów, musiałem się koncentrować na pracy. Ale bardzo ciekawe było w finale 3000 metrów mężczyzn, gdzie randkę zrobili sobie specjaliści od 1500. Pasjonujący bieg, drugi najszybszy w historii HMŚ, wygrał Josh Kerr, który wyprzedził mistrza olimpijskiego i halowego rekordzistę świata na 1500 Amerykanina Cole Hockera, a ten z kolei Francuza Yanna Schruba pokonał tylko o jedną setną. Brytyjczyk długo biegł za czołówką, ale pokazał świetny finisz i odzyskał tytuł, bo dwa lata temu wygrał w Glasgow.
Największa kontrowersja wiązała się z rozbiciem finałów 400 metrów na dwie serie, w wyniku czego dopiero po porównaniu czasów wyłaniano medalistów. Nie słyszałem, żeby ktoś tego pomysłu bronił. Pana opinia?
- To na pewno nie przetrwa, szef World Athletics Sebastian Coe już to gdzieś zapowiedział. Sama idea jest dobra, żeby ograniczyć bieganie w hali po skrajnych torach, bo one są niekorzystne. Ale jeżeli już ma biegać tylko czwórka w serii, to rozsądne po półfinałach wydają się finały A i B, ten drugi o miejsca 5-8. Co ciekawe, światowe władze nie ustają w szukaniu zmian i nowości, ale na razie wszystkie są nietrafione, tak było choćby niedawno ze skokiem w dal, mierzonym z miejsca odbicia, co spotkało się ze sprzeciwem dosłownie wszystkich i szybko to zarzucono. Na marginesie, szkoda, że program nie pozwalał pogodzić specjalistom od 400 metrów rywalizacji w sztafecie mikst, zawody rozłożone na cztery dni byłyby lepsze.
Dwa medale zdobyliśmy na wysokich płotkach, a niespełna 24-letni Jakub Szymański i ledwie o rok starsza Pia Skrzyszowska dopiero zdają się rozkręcać…
- Można żywić nadzieje, że skoro Szymański tak czysto pokonywał pięć płotków na 60 metrów, to te dziesięć na 110 na stadionie też da radę i zakręci się w okolicach granicy 13 sekund. U pań brakowało w Toruniu kilku dobrych zawodniczek, w sezonie letnim Skrzyszowskiej było trudno się przebić, ale widać, że coraz lepiej biega na dużych imprezach. Płotki stały ewidentnie na najwyższym poziomie, do czego przyczyniają się nowe buty, które dzięki wkładce karbonowej i krótszej fazie kontaktu z podłożem, pomagają biegać szybciej. Potrafimy to jak widać wykorzystać. Widoczne jest to również na 800 metrów - czasy Macieja Wyderki są porównywalne, a nawet lepsze od tych sprzed 10-15 lat, czasów Adama Kszczota i Marcina Lewandowskiego. Szkoda, że do finałów wchodziło tylko dwóch pierwszych, bo w związku z tym biegano na miejsca i te biegi były trochę nudne, a Wyderka miał pecha w losowaniu, trafił na dwóch późniejszych medalistów.
Polacy zdobyli brązowy medal w sztafecie mieszanej po dyskwalifikacji sztafety Jamajki. Na czym polegał błąd ekipy z Karaibów?
- Błąd jest ewidentny. Jamajczycy zadziałali na starych zasadach, nie wiedzieli, że zmieniły się przepisy. Na ostatnim wirażu przed przekazaniem pałeczki zawodnik z Jamajki był trzeci i jako trzeci w kolejności od krawężnika powinien ją przekazać koleżance, tymczasem podawał od krawężnika na krzyż przez drużyny Amerykanów i Holendrów. Spowodował ich wywrotkę i tym samym zabrał im szanse na medal, na czym skorzystali Polacy. Ale te ostatnie zmiany w przepisach w sztafetach są przeciwko zawodnikom i sędziom.
Dlaczego?
- Wcześniej punkt wyznaczający, która sztafeta w jakiej kolejności ustawia się do odbioru pałeczki, był na 100 metrów przed metą - czyli przed wejściem w wiraż. Według nowych zasad to ostatni wiraż przed prostą. Jak się ustawić miała pokazywać tablica elektroniczna widoczna dla czekających zawodników, ale pierwszego dnia komputer działał, ale drugiego nie pokazywał już nic. Było więc zgadywanie, zawodnicy i sędziowie wytrzeszczali oczy. Wcześniej elektronikę na mistrzostwach zapewniała firma Omega, teraz po raz pierwszy Seiko. Był potworny ambaras, mieliśmy aż cztery protesty w finałach sztafet 4x400, w tym polski u pań.
O co chodziło z Biało-czerwonymi?
- Że na pierwszej zmianie niewłaściwie przekazywały Amerykanki i Holenderki, ale pokazaliśmy nagranie trenerowi Aleksandrowi Matusińskiemu, wszystko było zgodnie z przepisami, więc od razu wycofał protest.
Skoro wspomniał pan o swojej pracy w Torunie, jakie były pana obowiązki?
- Jako jeden z dwóch Polaków byłem szefem komisji biegowej, kolega był szefem wieloboju. Pozostałe sektory należały do ludzi z World Athletics.
Jak z tej perspektywy wszystko działało?
- Kilka dni wcześniej próba generalna wypadła fatalnie, ale potwierdziła się opinia powszechna, że będzie wyśmienicie. No i sprawdziło się. Przede wszystkim świetnie działała cała reżyseria zawodów.
To znaczy?
- Kiedyś istniało przekonanie, że nie da się dokładnie sparametryzować zawodów lekkoatletycznych, bo trudno przewidzieć czas trwania poszczególnych konkurencji. Dzisiaj to działa z dokładnością do 30 sekund. I zalecenie, żeby do kończących mistrzostwa biegów sztafetowych zakończyć wszystkie konkurencje techniczne nie jest już żadnym problemem. Dzisiaj - zgodnie z prawem Cyrila Parkinsona, że daną czynność nieświadomie zawsze wydłużamy tak, aby wypełnić czas założony na jej ukończenie - sędzia dostaje informację, żeby wydłużyć próbę kulomiota z dokładnością nawet do 5 sekund.
Dlaczego to tak ważne?
- Zwłaszcza w zawodach halowych, żeby pchający kulą czy skaczący o tyczce nie zakłócali konkurencji biegowych lub nie stanowili dla nich zagrożenia. Sam w latach 70., jako młody adept sędziowski, łapałem tyczkę na stadionie AWF w Warszawie, gdy Władysław Kozakiewicz ustanowił rekord Europy. Swoją drogą on nigdy nie powinien być uznany, bo skakali młodzicy, zobaczył to Kozakiewicz, który stwierdził, że też sobie wystartuje, bez żadnych konkurentów. Pół godziny trwało przenoszenie materacy na drugą stronę zeskoku, gdzie wiało lepiej. Łapałem tyczkę za 300 dolarów, żeby nie pękła, a na głowę spadła mi poprzeczka i poleciała krew.
Tomasz Mucha
Janusz ROZUM ma 75 lat. Fani lekkiej atletyki zapewne świetnie kojarzą jego głos, bo często komentuje zawody na antenie Eurosportu. Jest sędzią klasy międzynarodowej, sekretarzem Kapituły PZLA, wybitnym statystykiem, słowem człowiekiem renesansu. Nigdy nie uprawiał żadnego sportu, zaczął biegać kilka lat temu. Niedawno ustanowił nowy rekord Polski w kategorii M75 na dystansie 5 km - wynikiem 22:35. „Tyle lat oglądam bieganie, że w końcu sam nauczyłem się biegać” - skomentował występ dla portalu maratonczyk.pl. W najbliższy weekend startuje toruńskiej hali w mistrzostwach Europy Masters.
A TO CIEKAWE…
◼ Hat trick w pół godziny
Brytyjczycy do soboty mieli tylko jeden medal - złoty Josha Kerra na 3000 metrów, ale ostatniego dnia w niespełna pół godziny zdobyli trzy - i wszystkie złote! Między godziną 19.26 a 19.55 wygrywali: Georgia Hunter Bell - na 1500 m, rekordzistka świata Keely Hodgkinson na 800 m oraz Molly Caudery w skoku o tyczce. Innych kolorów krążków w Toruniu lekkoatleci z Wysp nie uznawali.
◼ Włoskie multi-kulti
Reprezentanci Italii zgromadzili pięć medali, w tym trzy złote. Dwa z nich były dziełem sportowców naturalizowanych na Półwyspie Apenińskim - mieszkająca do 10. roku życia na Wybrzeżu Kości Słoniowej Zaynab Dosso wygrała sprint na 60 m, natomiast urodzony 30 lat temu w Hawanie i dopiero od trzech lat „włoski” Andy Diaz Hernandez był najlepszy w trójskoku. Trzeci tytuł to już zasługa pochodzącej z Trydentu Nadii Battocletti, najszybszej na 3000 m.
