Był jedyny taki. Nie do zdarcia

Wielka strata dla śląskiej piłki. Nie żyje niezwykły Jan Byś, mistrz Polski z Szombierkami Bytom w 1980 roku.

Jan Byś (1953-2026). Fot. Anna Lewańska

Był piłkarzem osobnym. Wszyscy, którzy z Nim grali, wypowiadają się o Nim z ogromnym uznaniem. Swoje robił fakt, że na pierwszy rzut oka Jan Byś wyglądał niepozornie i ktoś, nie mając pojęcia, z kim ma do czynienia, często Go lekceważył. To zawsze okazywało się ogromnym błędem! On był płucami każdej drużyny, w której występował. Każdy z moich rozmówców, który z Nim grał, podkreślał Jego wolę walki, serce do gry i niezwykłą wydolność.

„Jasiu, co ty robisz?!”

Pochodził z Zabrza. Nikt w rodzinie nie uprawiał wcześniej piłki nożnej. Jego ojciec Tadeusz był brygadzistą, m.in. drążył tunel przy Trasie Łazienkowskiej w Warszawie.

– Zaczęło się dość późno, miałem 16 lat. Graliśmy wtedy w ogólnopolskim turnieju szkół górniczych i zdobyliśmy złoty medal. W technikum dwaj wuefiści zaczęli mnie gorąco namawiać, żebym zajął się piłką. Za każdym razem, kiedy mnie widzieli, mówili: „Janek, Janek, masz talent! Nie marnuj go! Idź do Górnika” – opowiadał.

Ich namowy odniosły skutek. Byś poszedł w końcu na trening. Okazało się, że trafił na zajęcia drużyny rezerw.

– Kiedy grałem w juniorach Górnika, byłem mały i wszyscy mnie wyprzedzali. Dlatego wieczorami zacząłem trenować. Jak wariat, sam ze sobą! Wychodziłem i biegałem dookoła domu. Brat, siostra, wszyscy się ze mnie śmiali. „Jasiu, co ty robisz?!” – pytali. A ja się zawziąłem, bo chciałem pokazać, że jestem do czegoś zdolny, coś wart. No i udało się: te treningi przełożyły się na to, że stałem się na boisku specjalistą od czarnej roboty, choć nawet kiedy już grałem w seniorach, wzrost nie był moim atutem. Zawsze walczyłem do końca, nigdy nie odpuszczałem. Rywale początkowo mnie lekceważyli, ale potem to się zmieniło – wspominał.

Górnik nie stał się jednak drużyną marzeń Jana Bysia. Grał tam w zespole rezerw.

Zawodnik do zadań specjalnych

Hubert Kostka opowiadał mi, że kiedy został zwolniony w Zabrzu z funkcji trenera, stwierdził, że weźmie Bysia do Szombierek. Wtedy nikt o tym jeszcze nie wiedział, ale tworzyła się tam fantastyczna drużyna.

– Byś pasuje idealnie: waleczny, wybiegany, posiadający duże umiejętności piłkarskie, dobrze wyszkolony – wychwalał piłkarza Kostka.

– Co możemy ci zagwarantować? – pyta zawodnika prezes Szombierek.

– Ale ja nic nie chcę, nie chcę żadnych pieniędzy. Wystarczy, że będę grał w ekstraklasie – protestuje Byś.

Prezes i inni działacze są w szoku. Patrzą po sobie. Co to za dziwadło, że pieniędzy nie chce?

– Ale jak to?! Coś musisz przecież dostać! – przekonują.

Proponują 70 tysięcy złotych na rękę i trzypokojowe mieszkanie z garażem na Rozbarku.

Byś gra w Szombierkach długo – 7,5 sezonu.

– Ale najważniejsze było te 6 lat za Huberta Kostki. Później to już nie było to... – wzdycha.

Piłkarze Szombierek mówili na Niego „Jasiu Bysiu”. Był może i mały ciałem, ale wielki duchem, niezwykle zadziorny. Potrafił biegać jak nakręcony. Liczba sytuacji, w których odbierał piłkę przeciwnikowi, budziła podziw. Wykonywał czarną robotę. Byś był zawodnikiem od zadań specjalnych. Skromne warunki fizyczne nie przeszkadzały Mu walczyć o każdą piłkę z lepiej zbudowanymi rywalami.

Często miał pilnować najlepszego zawodnika. Jaki miał sposób? Jeśli brał na cel konkretnego piłkarza z drużyny przeciwnej, to go zwyczajnie zajeżdżał, zamęczał.

W pojedynku pucharowym z Feyenoordem Rotterdam pilnował Willema van Hanegema. W meczach z Widzewem zawsze „opiekował się” Zbigniewem Bońkiem.

– Z nim ciężko czasami było. Ale dawało się radę – mówił mi ze skromnym uśmiechem.

W sezonie, w którym Szombierki zdobyły mistrzostwo Polski, rozbiły Widzew 3:0, a Boniek przy Bysiu w ogóle sobie nie pograł. Byś krył jeszcze Kazimierza Deynę, kiedy ten w latach 70. grał w Legii.

– A to był chłop szeroki. Jak się zastawił, to musiałem go oblatywać. Hubert mówił tylko o rywalach: „On idzie do szatni, to ty za nim”. Wtedy nie patrzyłem na grę, tylko na przeciwnika i biegłem za nim wszędzie – opowiadał mi.

Jan Byś miał charakterystyczny zwód. Wszyscy niby wiedzieli, na czym polega, a każdy dawał się nabrać. To była taka trudna do powtórzenia krótka kiwka.

– Fakt, że wyrobiłem sobie markę. Kiedy spiker przed meczem zapowiadał skład, to wywoływał kolejne nazwiska: Surlit, Mierzwiak, Sośnica, Wójtowicz... No i dodawał: „A z numerem 7, jak zwykle... Jan Byś!”. To „jak zwykle” dodawał tylko przy mnie – wspominał z uśmiechem.

Między rundą jesienną 1978 roku a rundą wiosenną 1984 roku opuścił tylko jeden mecz!

– Złapałem kontuzję tuż przed derbami z Polonią Bytom. Wszystko dlatego, że w piątek, na rozruchu, podczas gierki Heniek Sośnica wskoczył mi na Achillesa. Ale oprócz tamtego zdarzenia grałem we wszystkich meczach.

Wysokie notowania w „Sporcie”

Nigdy nie zapomnę naszych spotkań. Ujmował mnie skromnością.

– Wie pan co? Tak naprawdę nigdy dotąd... nie rozmawiałem z dziennikarzem – mówił.

– Buja mnie pan?! – nie dowierzałem.

– Ależ skąd! Dziennikarze się mną nie interesowali, nawet kiedy zdobywaliśmy mistrzostwo Polski! Pamiętam, że pewnego dnia była prezentacja na boisku i Hubert Kostka opowiadał o poszczególnych zawodnikach. Ze mną było tak, że musiałem podbijać piłkę. Nagrywali mnie, a Hubert wypowiadał się na mój temat. Mówił o moich cechach, o ambicji, o tym, że jestem na boisku człowiekiem od czarnej roboty. Mówił, że serce do walki mam niemożliwe. Ale nie było tak, żeby potem któryś z dziennikarzy podszedł i porozmawiał. Pogratulował albo spytał: „Jak to w ogóle przeżywasz?”. Nie. Tego nie było nigdy...

– To naprawdę smutna wiadomość. Bardzo miło Go wspominam. Sympatyczny, skromny, koleżeński. Nie pamiętam, żeby kiedyś miał słaby mecz. Zawsze można było na nim polegać. Pod koniec sezonu w rankingu „Złote Buty” dziennika „Sport” zawsze plasował się wysoko, często wyżej niż bardziej znani piłkarze. Był z mojego rocznika, więc odszedł od nas trochę za wcześnie – zauważa Ryszard Hajduczek, dawny fizjoterapeuta Szombierek, który od wielu lat mieszka w USA.