Bycie Czechem nie jest grzechem?
Polska piłka klubowa rozwija się w szybkim tempie, ale czy ekstraklasę można już porównywać do ligi czeskiej?
Infrastrukturalnie ekstraklasa prześcignęła ligę czeską. Sportowo jednak to my odstajemy. Tu kibice na meczu Viktoria Pilzno - FC Porto w Lidze Europy
Marzy nam się czołowa dziesiątka w europejskim rankingu. Teoretycznie jesteśmy blisko, na 12. miejscu. Mityczną, wymarzone 10. pozycję zajmują Czesi, a przedziela nas tylko Grecja. Udane występy w Lidze Konferencji (nie licząc Legii) sprawiły, że niektórzy zaczęli widzieć już nas w miejscu południowych sąsiadów. Wizyty w ostatnim czasie w Pilźnie, Pradze oraz Ołomuńcu skłoniły mnie do pewnej refleksji i uprawniły chyba do wyprowadzenia wniosku: zejdźmy na ziemię!
Jeśli pod względem opakowania, wartości i jakości telewizyjnych transmisji oraz zainteresowania kibiców PKO BP Ekstraklasa prześcignęła Chance Ligę (to w sumie naturalne, Polska jest cztery razy większym krajem), to pod względem sportowym na pewno nie. I - cytując klasyka - wydaje się, że „jeszcze długo, długo nie!”
Suche fakty. Wiosną zostały nam trzy kluby w europejskich pucharach, Czechom jeden więcej. Liczbowo różnica nie jest wielka, ale jest inny problem. Slavia gra w Lidze Mistrzów, a Viktoria w Lidze Europy, na trzecim poziomie ostały się Sparta Praga oraz Sigma Ołomuniec. Z dwoma ostatnimi mierzył się Raków i byli to jedyni rywale, z którymi nie potrafił wygrać (odpowiednio 0:0 oraz 1:1). Jak wielka różnica dzieli pod każdym względem te rozgrywki, chyba nie trzeba nikogo specjalnie przekonywać. Champions League to inny świat, ale ogromna różnica jest również pomiędzy LE a LK. Oczywiście mowa o różnicy sportowej, bo wskutek korzystnej dla nas polityki UEFA ta finansowa nie jest aż tak olbrzymia. Wystarczy rzut oka na poszczególne tabele, aby zorientować się, że drugie w hierarchii rozgrywki stworzone zostały dla europejskiej klasy średniej, z uzasadnionymi aspiracjami do bogaczy. Liga Konferencji jest co najwyżej dla średniaków, w jakimś sensie dla piłkarskiej biedoty, klubów dopiero rozwijających się i nie powinniśmy się na to obrażać, tylko przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest.
Zerknijmy jeszcze na chwilę w liczby. Wartość kadry Slavii to 108 mln euro. Poziom nieosiągalny dla najbogatszej w Polsce Legii (31,2 mln euro). Sparta to ponad 78 mln, ekipa z Pilzna 49 mln euro. Sigma Ołomuniec nie miała żadnego problemu na wyłożenie ponad dwóch milionów na Petera Baratha z uchodzącego za krezusa na polskim rynku Rakowa. A Sigma to przecież ekipa w Czechach przeciętna, aktualnie 8. w tabeli. Przede wszystkim jednak to czołowe kluby wyznaczają pozycję, rangę i prestiż ligi. Widzew czy Lechia pewnie robią kilka razy lepsze wrażenie od Pardubic czy Teplic, ale w globalnym porównaniu lig nie ma to wielkiego znaczenia. Ekstraklasa jest ciekawa i nieprzewidywalna, ale to raczej nie czyni jej lepszą.
Skrojona wprost idealnie pod polskie kluby Liga Konferencji podniosła nam w rekordowo szybkim tempie pozycję w rankingu, podbudowała polskie ego, ale przede wszystkim rozmazała i zniekształciła obraz rzeczywistości. Część kibiców, a nawet dziennikarzy uwierzyła, że naprawdę jesteśmy potęgą, mogącą w najbliższym czasie aspirować do TOP 10. Dlatego w przyszłym sezonie nie możemy się już zadowolić kompletem drużyn w LK. Co najmniej jeden polski klub musi zagrać w Lidze Europy, aby choć w jakimś stopniu zweryfikować siłę ekstraklasy. Jeśli będziemy w stanie tam punktować na tyle, aby wiosną zagrać w fazie pucharowej, będzie można zamknąć usta malkontentom. W przeciwnym razie nie mamy prawa stawać w szranki z ligą czeską, bo wciąż od Czechów dzieli nas dużo. Zbyt dużo.
Mariusz Rajek z Pilzna
