Być jak Kazimierz Górski
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Pamiętam dobry film „Być jak Kazimierz Deyna" sprzed 14 lat. Dziś, kilka dni po niespodziewanym odejściu Jacka Magiery, mam chęć wykrzyczeć przez łzy: „Byłeś jak Kazimierz Górski!". Jacek nie pasował do współczesnego piłkarskiego świata, w którym cynizm, pazerność i obłuda panoszą się coraz bardziej. Szczerość, uczciwość, religijność, empatia i pracowitość wyróżniały go z tłumu polskich i chałturzących w naszym kraju cudzoziemskich szkoleniowców. Odszedł w bardzo młodym jak na jednego z najlepszych w Polsce trenerów wieku. Imponował jego talent pedagogiczny, umiejętność dotarcia do dusz i umysłów młodych piłkarzy. Wielu uratował przed zejściem na złą drogę, utorował im ścieżki nieprzeciętnych karier. Bardzo przypominał najlepszego w historii polskiego trenera Kazimierza Górskiego. Interesował się życiem prywatnym podopiecznych, pomagał w rozwiązywaniu codziennych problemów, gdy dzieci chorowały albo żonę zwolniono z pracy. Nie było w tym wścibstwa, a potrzeba niesienia pomocy. Chęć otwierania nowych horyzontów życiowych młodym piłkarzom przejął pewnie od swoich trenerów w reprezentacjach Polski juniorów, Andrzeja Zamilskiego i Michała Globisza. Ci, niesłusznie dziś zapomniani przez środowisko i media szkoleniowcy, łączyli sport z edukowaniem podopiecznych, pewnie pod wpływem nauk Andrzeja Strejlaua. Na przykład przed wyjazdem na zagraniczny turniej zawodnicy musieli zdać prosty egzamin z historii i geografii kraju, do którego jechali. Magiera udoskonalił tę metodę o podstawy psychologii sportu, u niego samo kopanie piłki nie wystarczało, by znaleźć uznanie. Bardzo współczuję bliskim Jacka, także selekcjonerowi Janowi Urbanowi, którego był nie tylko asystentem w reprezentacji Polski, lecz także - a może przede wszystkim - przyjacielem na dobre i na złe. O estymie, jaką się cieszył, świadczą setki wielkich i małych spraw. Choćby taka, że na stadionie warszawskiej Polonii, gdzie Legioniści nigdy nie byli mile widziani (i vice versa) witała Go burza braw. Zawsze!
Nasze fizyczne podobieństwo do siebie - podobne rysy twarzy i siwizna już przed czterdziestką - spowodowało trochę zabawnych sytuacji, gdy zwracano się do mnie „panie trenerze", a do niego „panie sędzio". Śmialiśmy się z tego, wszak Jacek był ode mnie o 24 lata młodszy i dobre 10 centymetrów wyższy. „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą" - te słowa księdza Jana Twardowskiego są zawsze aktualne, a po odejściu Jacka jakby bardziej.
Właśnie dostałem życzenia świąteczne od Krzysztofa Warzychy, jak co roku. „Gucio" to niespotykanie dobry człowiek, zawsze „do", nigdy „od" innych. Podobnie Waldemar Fornalik, trener-meloman i humanista. Jakiś osobnik udający dziennikarza obraził go po meczu w Głogowie, ale Waldek King nie dał się sprowokować. Może też słuchał rad Kazimierza Górskiego, który pewnemu burakowi z Wrocławia na impertynencką zaczepkę odparł „pan nie jest w stanie mnie obrazić". Zawstydzony ówczesny boss Śląska, pan Kapelczak, wyszedł z sali by powrócić po godzinie z kwiatami i butelką koniaku na przeprosiny. To samo radzę samozwańczemu żurnaliście z Głogowa.Dyżurny skandalista Wojciech Kowalczyk, warsztatem przewyższający wielu zawodowych dziennikarzy, skrytykował trenera Jana Urbana za złą jego zdaniem taktykę w meczu ze Szwecją. Pisałem o tym przed tygodniem na łamach „Sportu", ale bez Kowalczykowej zapalczywości. Ten typ tak ma, kiedyś jeszcze ostrzej rozprawiał się z Antonim Piechniczkiem, któremu mógłby buty czyścić do grobowej deski. Po meczu w Moskwie Kowalczyk cisnął chlebem o ziemię, bo kanapki przygotowane przez gospodarzy mu nie smakowały. Gdyby tak dzisiaj, za Putina, to jeszcze bym zrozumiał, ale wtedy rządził przecież Gorbaczow. Ruskie czy nie, ale rzucanie jedzenia na ziemię źle świadczy zawsze i wszędzie. Także o chłopaku z bródnowskiego blokowiska, gdzie nie jadało się kawioru pod szampana.
Prezydent Karol Nawrocki spotkał się z Mariuszem Pudzianowskim, a szumu było jakby przynajmniej papież do nas przyjechał. Panowie pogadali sobie pod krawatem w pałacu, ale kto wie, co życie przyniesie? Może jakaś solóweczka w lesie? Kąśliwie rzecz skomentował nasz najważniejszy dyplomata, minister Radosław Sikorski. Sędziowałem dawno temu mecz dyplomatów polskich z zagranicznymi w ramach pikniku na obiektach Wojskowej Akademii Technicznej. Już wtedy Sikorski był wschodzącą gwiazdą polskiej polityki, światowcem. Cały mecz grał z zegarkiem na ręku, pewnie z roztargnienia albo z pośpiechu. Ośmielony miłą atmosferą dyplomatycznego pikniku pozwoliłem sobie na odważne – przyznaję - porównanie do podobnego zdarzenia w 1974 roku, gdy fotografowano słynną reprezentację Górskiego szykującą się do wyjazdu na mundial, ten najsłynniejszy w historii polskiego futbolu. Kazimierz Deyna pojawił się na boisku zakopiańskiego COS-u z efektownym amerykańskim zegarkiem na przegubie, pewnie prosto z Bazaru Różyckiego, gdzie można było kupić najnowsze okazy mody światowej. Zapytany przez Grzegorza Latę, dlaczego nie zostawił czasomierza w szatni, odparł szczerze: „A jak podpieprzą?". A przecież tam przebierali się tylko koledzy z drużyny.
Krezusi polskiej ekstraklasy są w tarapatach, szorują po dnie tabeli. Budżety Legii, Widzewa, Pogoni robią wrażenie, ich wyniki - bynajmniej. Warto w tej sytuacji przypomnieć słynne zdanie Johana Cruyffa zapytanego w kwestii różnic klubowych budżetów: „Jeszcze nie widziałem worka pieniędzy strzelającego bramkę" - skomentował jeden z najsłynniejszych piłkarzy w historii światowego futbolu. Wiele się w tej materii nie zmieniło poza objętością worków z kasą.
Zgodnie z oczekiwaniami polskie tenisistki nie postawiły się rywalkom z Ukrainy, przegrały gładko. Wielu ma pretensje do Igi Świątek, że nie przyjechała do Gliwic. Jeżeli brak jednej zawodniczki ma być powodem do ogólnonarodowego lamentu, to przestańmy bajdurzyć o potędze polskiego tenisa, W Czechach tenisistek prezentujących światowy poziom jest po wielokroć więcej niż w dużo większej Polsce. Tam brak Muchowej nie byłby aż takim problemem jak u nas Igi.
Co czeka węgierski sport po epoce Orbana, który zainwestował w rozwój tej dziedziny życia cały swój talent polityczny i ogromne pieniądze budżetowe? Wyniki były co najmniej zadowalające, z każdych letnich igrzysk olimpijskich Madziarzy przywozili więcej medali niż Polacy. Teraz po zmianie na szczytach władzy w Budapeszcie może się wiele zmienić w podejściu do sportu. Sam jestem ciekaw, jak to się potoczy, ale najważniejsze, by hasło „Polak-Węgier dwa bratanki” odzyskało realny wymiar, przestało służyć tylko politykom na wiecach. Można zacząć od kultury i sportu, tu tradycje przyjacielskiej współpracy są bogate i nie uległy aż takiej erozji, jak gospodarcze i polityczne relacje.
