Brutalność
KOMENTARZ "SPORTU" - Paweł Czado
Sezon ligowy jest jak wyścig na torze w Le Mans. Jeśli masz chwilę słabości, brakuje ci benzyny w baku - nikt nie będzie się za tobą oglądał. Ligowa stawka przestoju nie wybacza, z problemami zawsze zostajesz sam. Sezon jest długi i jeśli zdołasz się ogarnąć, zawsze możesz jeszcze dołączyć do stawki, choć musi być to tylko i wyłącznie efekt twojej codziennej, mozolnej pracy. Bez gwarancji na cokolwiek. Nikt ręki ci nie poda. Nawet nie będzie miał zamiaru. Po co?
To właśnie przypadek tyskiego GKS-u. Sobotni remis Stali Mielec z Puszczą Niepołomice oznaczał, że spadek Tyszan jest nieuchronny. Kiedy bokser dostaje gong, a ma jeszcze próbować w ringu coś zrobić - jak GKS Tychy w meczu u siebie z Ruchem - to... dostaje kolejny gong. Futbol zawodowy jest bardzo brutalny - przed sezonem wydawać by się przecież mogło, że tyszanom niczego nie brakuje. Dobrzy piłkarze, stała kibicowska baza, piękny stadion - wszystko co potrzeba, żeby nie tylko się nie obawiać, ale i snuć marzenia.
Na starcie sezonu niektórzy mówili nawet o zamachnięciu się na ekstraklasę. W końcu terminowanie na jej zapleczu trwało dekadę, co wydaje się wyjątkowo długim nabieraniem niezbędnego doświadczenia. Nic nie pomogło, nic. Nie pomogło wzięcie na trenera uznanego reprezentanta Polski. Łukasz Piszczek w ośmiu meczach zdobył dwa punkty - okazało się, że nikt nie ma zamiaru klękać na dźwięk jego nazwiska. Marzenia i aspiracje kurczyły się w efekcie z miesiąca na miesiąc. Teraz nie zostało już nic.
To jest właśnie brutalność zawodowego futbolu.
