Brahim i Kylian

WYMIANA KOSZULEK, cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka

Kylian Mbappe to mało empatyczny typek. W sobotni wieczór pokazał koledze z drużyny, jak się strzela „panenką” karnego w ostatniej chwili meczu. I dedykował tego gola Brahimowi Diazowi. Jeśli to miało być wsparcie psychologiczne, to ja się, psiakrew, na psychologii znam jeszcze mniej niż myślałem. Komentariat też jest podzielony – ktoś nawet wymyślił bardzo obrazową analogię: dostajesz kosza od dziewczyny marzeń i twój kumpel na następnej imprezie bez wysiłku wyrywa ją na twoich oczach. Żeby się niby nie przejmował.

Mbappe nie wykazał się niczym więcej niż bufonadą, na którą mógł sobie pozwolić jako MVP wygranego już meczu z Villarreal – ostatnia sekunda, podchodzisz do jedenastki na pełnym luzie, od tego czy trafisz, czy się wygłupisz absolutnie nic już nie zależy, no i wybierasz dokładnie tę metodę, na której wyłożył się twój ziomek z klubu tydzień wcześniej.

Tylko, że Diaz miał na sobie ciężar odpowiedzialności za mistrzostwo kontynentu, którego domagało się kilkadziesiąt tysięcy widzów na trybunach stadionu księcia Maulaja Abd Allaha w Rabacie i tak ze czterdzieści milionów rodaków przed telewizorami.

Ostatnia sekunda finału mistrzostw, przed chwilą doszło do bezprecedensowej awantury, rywale zeszli z boiska i nie chcieli dokończyć meczu na znak protestu przeciw bandyckiemu sędziowaniu, nakłonił ich do powrotu po z górą kwadransie błagań i nawoływań sam Sadio Mane – wiesz, że Maroko powinno ten mecz przegrać, bo sędzia w doliczonym czasie nie uznał prawidłowo zdobytej bramki Senegalczyków, by zaraz potem przyznać gospodarzom karnego z kapelusza. Ciężar niebywałej presji jest wzmocniony ambiwalencją - stajesz przed życiową szansą, by być zarazem królem strzelców turnieju (już nim zostałeś) i zdobyć złoto, ale wiesz, że sędzia wam pomógł, za tym zwycięstwem będzie się ciągnął smród przez dekady, twój strzał z wapna przypieczętuje przekręt, sumienie podpowiada ci, że nigdy nie będziesz mógł się w pełni rozsmakować w tym zwycięstwie. Mógłbyś ostentacyjnie kropnąć w aut, albo podać piłkę bramkarzowi lekko i po ziemi, ale stałbyś się narodowym wrogiem numer jeden, nie masz prawa odbierać marzeń milionom Marokańczyków tylko po to, by oczyścić własne sumienie, samozwańcze oddanie sprawiedliwości nie zostałoby odczytane jako bohaterstwo, nie dostałbyś nawet nagrody fair play, bo to nie była ewidentna pomyłka sędziowska, sytuacja była sporna, faul był mięciutki, w dziewięciu przypadkach na dziesięć sędzia by tego nie odgwizdał, ale kto ci dał prawo do podważania decyzji…

Patrzysz na bramkarza, który jeszcze przed chwilą chciał zejść do szatni, żeby zbojkotować ten szwindel, boisz się, że Edouard Mendy wytnie ci numer i nawet się nie ruszy w ramach protestu, pewnie myśli „strzelaj sobie frajerze, wszyscy jesteście złodziejami”, to Senegalczycy odniosą moralne zwycięstwo, nie możesz pozwolić mu z siebie zakpić. Musisz wymyślić coś, co zarazem da bramkarzowi szansę, ale i ciebie rozgrzeszy w razie niepowodzenia przed tłumami, decydujesz się zatem na ślepy los, na „rosyjską ruletkę”, którą jest karny ala Panenka, jak się skubany nie ruszy, będzie to musiał złapać, instynkt każe mu wyciągnąć ręce po piłkę, jeśli jednak rzuci się w którąkolwiek stronę, będziesz zwycięzcą sportowym, a i sumienie ugasisz; tak, to jest salomonowe rozwiązanie, to jest genialny pomysł.

Tylko ta presja, ta cholerna presja, czujesz się, jakbyś założył symulator starości, kamizelkę obciążającą, usztywniacze stawów, gogle pogarszające wzrok, słuchawki wygłuszające, a przecież „Panenka” to jest sztuczka dla gości na pełnym luzie, tu się trzeba wykazać taneczną gibkością, zasymulować uderzenie, tak, żeby nabrać bramkarza, to jest właściwie zwód na odległość, najwyższej próby zagrywka techniczna, trzeba strzelić lekko, ale nie zbyt lekko, bo wtedy bramkarz zdąży wrócić po piłkę, nawet jeśli zamierzał się rzucić w którąś ze stron, jak to zrobić, kiedy cały jesteś zdrętwiały?

No i strzelasz, niedobrze, źle, najgorzej na świecie, Senegal zmartwychwstaje, w dogrywce strzela gola i zdobywa złoty medal, a ty jesteś winowajcą, kozłem ofiarnym, najbardziej znienawidzonym piłkarzem w swoim własnym kraju, nie umiesz sobie z tym poradzić, ogłaszasz światu, że twoje serce jest złamane, będziesz z tym musiał się zmagać do końca życia.

I tydzień później ten błazen z Realu pokazuje ci z pełną swobodą, jak to powinno wyglądać – zwolnienie kroku tuż przed strzałem, pozorowany zamach i lekka, ale precyzyjna podcinka, bramkarz Villarreal leży, piłka wpada do bramki, Kylian znowu jest najlepszy, tą swoją najlepszością się napawa, a tobie się chce rzygać, ale robisz dobrą minę do złej gry, bo kamery patrzą, przecież się nie popłaczesz, musisz z tym poczekać na powrót do domu. Tymczasem ten narcyz z dziesiątką na koszulce wskazuje na ciebie i woła jeszcze „for you, for you!”, więc biegniesz razem z wszystkimi, żeby mu podziękować za gola i dedykację.

I myślisz sobie w duchu: „Wielki Allahu, spraw, abyśmy na mundialu trafili na Francję, nie proszę cię o mistrzostwo świata, tylko o ten jeden mecz w dowolnej fazie turnieju, daj mi jeszcze tę jedną szansę, a już jej nie zmarnuję, najlepiej żebyśmy z nimi zremisowali, daj mi decydujący karny w serii jedenastek, a wtedy wyeliminuję żabojadów i zadedykuję tego gola Kylianowi. Już ja mu go zadedykuję”.

Kylian M’Bappe w sobotni wieczór pokazał koledze z drużyny, jak się strzela „panenką” karnego w ostatniej chwili meczu. Fot. PAP/EPA

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się