„Bonieckiemu” na urodziny

Prawie dwadzieścia lat mieszkał w Bydgoszczy, potem siedem w Łodzi, a od 1982 roku miejscem jego stałego pobytu są Włochy – przede wszystkim Rzym. Dzisiaj kończy 70. rok życia.

Zdjęcie – rarytas. Bo nie dość, że Zbigniew Boniek (w głębi) ledwie 18-letni, to jeszcze w koszulce juniorskiej reprezentacji Polski, w sparingu z bytomską Polonią. Kadrowicz na pierwszym planie do Marek Dziuba, a bramkarz reprezentacyjny – pod stopami polonisty Jerzego Radeckiego – to nieżyjący już Mirosław Sowiński. Fot. Halina Pindór/archiwum „Sportu”

Wiemy o nim wszystko i trudno w kolejnym tekście jubileuszowym (wszak całkiem niedawno obchodził „sześćdziesiątkę”) znaleźć nowe interesujące fakty z jego życiorysu. Ale pamięć jest pojemna i gdy się dłużej poszuka, to coś się jeszcze znajdzie.

Przeprowadzka „przyklepana” w... kuchni

Choćby historia jego transferu do Widzewa, opowiedziana przez Leszka Jezierskiego. – Znałem Józka Bońka, jego ojca, bo grywaliśmy przeciwko sobie, ja w ŁKS-ie, on w bydgoskiej Polonii. Pojechaliśmy do Bydgoszczy w czwórkę: prezes Ludwik Sobolewski, kierownik drużyny Stefan Wroński, ja i moja żona Henia, która też miała swoją rolę do odegrania. Nie byliśmy pierwszą delegacją, bo zdolnego juniora chciał też ściągnąć do siebie Ruch, ale nasze argumenty przeważyły. Sobolewski przedstawił konkrety, Wroński był znakomitym negocjatorem, a Henia w kuchni zapewniała mamę Zbyszka, że jej syn będzie miał w Łodzi znakomitą opiekę. Wypiliśmy po kielichu albo po dwa, a Zbyszek siedział w drugim pokoju. Udawał, że odrabia lekcje, ale pilnie nasłuchiwał, jak przebiegają pertraktacje – wspominał „Napoleon”.

Prywaciarze i piłkarze

Szkoda, że nie dowiemy się już nigdy, ile Widzew zapłacił Zawiszy za Bońka i jaka była premia „za podpis”. Wiadomo, że większa część tej kwoty pochodziła od wspierających klub łódzkich prywaciarzy (określenia „sponsor” nie było jeszcze wówczas w słowniku) oraz ze składki grających już w Widzewie piłkarzy (!). Z takiej „lewej kasy” wydatków przecież oficjalnie nie księgowano. Dodać jeszcze warto, że wybór akurat Bońka nie był wcale tak oczywisty, bo z dwójki zdolnych juniorów z Bydgoszczy bardziej podobał się Henryk Miłoszewicz, którego Jezierski ściągnął później do ŁKS-u.

Co usłyszała maszynistka?

Boniek nie zdążył na pierwszy mecz Widzewa w ekstraklasie, nie grał także w pierwszych legendarnych derbach z ŁKS-em. Przywlókł bowiem ze sobą z Bydgoszczy karę za żółte kartki w Zawiszy, przedłużały się też formalności w PZPN. Zadebiutował w ekstraklasie w czwartej kolejce, 18 sierpnia 1975 roku w meczu z Szombierkami, na starym boisku przy kopalni. Widzew przegrał 1:3, ale od tego dnia Boniek rozegrał w Widzewie dokładnie 48 meczów po kolei od pierwszej do ostatniej minuty, strzelając 20 goli (pierwszą swoją ligową bramkę zdobył już we wrześniu 1975 w Rybniku). Niezły wynik jak na debiutanta. Szybko wszyscy go poznali, chociaż zdarzało się wcześniej w II-ligowych meczach Zawiszy, że „Sport” anonsował go w składzie jako… Bonieckiego, a „Przegląd Sportowy” jako Boniaka, ale takie błędy się wtedy zdarzały, bo relacje na ogół dyktowało się przez telefon i maszynistka mogła nie dosłyszeć.

W pierwszym swoim meczu w Widzewie zagrał na środku ataku, w drugim Jezierski wystawił go w drugiej linii, a w trzecim na prawym skrzydle. Tak wynika przynajmniej ze składów, drukowanych w gazecie. Nawet jeśli nie oddawało to rzeczywistości, bo czasem składy podawano według kolejności numerów, a nie pozycji, świadczy to znakomicie o jego ruchliwości na boisku, bo z czasem mieliśmy się przekonać, że świetnie radzi sobie i w ataku, i w drugiej linii, i w obronie jako stoper.

„Bączki” na ostro

W rundzie wiosennej wszyscy doskonale znali już jego nazwisko. Kazimierz Górski też. Wybierał akurat kadrę na igrzyska w Montrealu i przyjechał obejrzeć mecz ŁKS-u z Widzewem wiosną 1976 roku. „Wiosna” była także i wtedy określeniem umownym, bo choć był już marzec, to grano na śniegu i lodzie. Piłkarze ŁKS-u wystąpili w roli kierowców, których zaskoczyła zima, widzewiacy natomiast zagrali w specjalnie skonstruowanych butach, zwanych „bączkami”, o długich ostrych szpilkach, które nie do końca były zgodne z przepisami, ale znakomicie zdały egzamin. O tym, jak wyglądał ten mecz, wygrany przez Widzew 3:0, świadczą noty w „Sporcie”. Drużynowo Widzew wygrał 75-23, przeciętnie każdy widzewiak dostał więc notę 6,8, a każdy z rywali – 2,1. Zbigniew Boniek – mam nadzieję, że mi to zapamiętał, bo to niżej podpisany był autorem relacji – oceniony został po raz pierwszy w karierze na „9”.

Od Chorzowa do Belfastu

Górski też Bońka docenił, powołując piłkarza zaledwie z 12 występami ligowymi na mecz z Argentyną (24 marca 1976) w Chorzowie. „Orłem Górskiego” Boniek jednak nie został, bo do Montrealu Górski zabrał „stary skład”, którego trzon stanowił zespół z mistrzostw świata 1974. „Kolega Boniek jest młody i ma jeszcze czas” – skwitował po swojemu pytanie o powody jego braku w reprezentacji olimpijskiej.

Reprezentacyjna kariera Zbyszka (przestańmy udawać, że znamy się tylko służbowo) trwała dwanaście lat. Miał dopiero 32 lata, gdy po raz ostatni zagrał w klubie „Polska” w meczu z Irlandią Północną w Belfaście (1:1) 23 marca 1988 roku, zamykając swój bilans saldem 80 meczów z 24 golami.

Pienista popłynęła w eter

Był w tym okresie udział w trzech turniejach finałowych mistrzostw świata, z tym w Hiszpanii w 1982 roku na czele. Pojechał na nie jeszcze jako zawodnik Widzewa, ale był już po słowie z Juventusem. Ostatni mecz w drużynie z Łodzi rozegrał 1 maja 1982 przeciwko Arce. Pożegnał się z kibicami Widzewa godnie, dwoma golami. W ostatnim meczu tego sezonu – w Chorzowie z Ruchem – nie zagrał po żółtych kartkach, czego bardzo żałował, bo przecież Widzew świętował wówczas swój drugi mistrzowski tytuł. Śledził ten mecz w radiowej kabinie na stadionie ŁKS-u, a kolegów z drużyny zaprosił na pomeczową imprezę na falach „Studia S-13”. – Przyjeżdżajcie prosto na Pienistą, adres znacie – wołał, wiedząc już, że to jego ostatnie dni w Łodzi.

Żelazna logika... obrażania

A skoro o kartkach mowa (tym razem czerwonych) to warto opowiedzieć historię z meczu z Pogonią w Szczecinie w 1977 roku, gdy sędzia Edward Norek (z Krakowa – to ważne) wyrzucił go z boiska. „Zawodnik Boniek powiedział do mnie „ty bucu” - napisał w protokole. Boniek nie przyznawał się do winy: - Wcale tak nie powiedziałem. Ja nie znam w ogóle takiego słowa. Gdybym chciał powiedzieć to, co pan sędzia ma na myśli, to powiedziałbym „ty ch…” – tłumaczył się z żelazną logiką, ale i tak zawieszono go na pięć meczów.

Zbyszek był we Włoszech w grudniu 1981 roku i omawiał szczegóły kontraktu. Gdy ogłoszono stan wojenny, Włosi namawiali go, by już został, ale piłkarz nie dał im szans na cenne medialnie wyciągnięcie go z komunistycznych kazamatów i pierwszym samolotem wrócił do Polski. W kraju nie dał się jednak namówić do publicznego wsparcia generała Jaruzelskiego, o co zabiegano. Do Juventusu przeszedł faktycznie po mistrzostwach świata, a Włosi mieli szczęście, że w półfinałowym meczu nie zagrał, bo miał za dużo żółtych kartek. Nie wiadomo, czy wygraliby z Polską z Bońkiem w takiej formie jak wtedy i zostaliby mistrzami świata!

Żona ma zawsze rację

Marzeniem każdego piłkarza jest „wyjazd na Zachód” – po meczach z Manchesterem celem Bońka była Anglia, ale wybiła mu ją z głowy żona, z wykształcenia akurat romanistka. Podczas pobytu w Nowym Jorku, gdzie Boniek został zaproszony do udziału w pokazowym meczu gwiazd Europa – Argentyna, zaprzyjaźniła się z żoną Michela Platiniego, który wybierał się właśnie z Francji do Juventusu Turyn. A że Boniek żony słuchał, do Włoch chętnie się przeniósł. Był wielkim piłkarzem, docenianym nie tylko w Rzymie i w Turynie, gdzie grał, nie należy jednak wymieniać jego nazwiska w Apulii, na samym końcu włoskiego buta, bo gdy po zakończeniu kariery zawodniczej debiutował w roli trenera, spuścił dwie tamtejsze drużyny Bari i Lecce do Serie B. Wygadany Boniek, gwiazda popularnego programu telewizyjnego „Domenica sportiva”, jako trener zupełnie sobie nie radził. Szaleńczy pomysł z objęciem reprezentacji Polski skutkował m.in. kompromitującą porażką w meczu z Łotwą w Warszawie. Potem prowadził Biało-czerwonych w towarzyskich potyczkach z Nową Zelandią w Ostrowcu Świętokrzyskim oraz z Danią w Kopenhadze. Stamtąd drużyna do Polski wróciła już bez niego. Selekcjoner wyjechał po tym meczu na urlop na Seszele, skąd przysłał swoją rezygnację „z powodów rodzinnych”. Powód był zapewne jeden: po prostu żona powiedziała mu, że ma przestać się wygłupiać…

Rzymianin w akcji ratunkowej

Wysyłaliśmy mu z Łodzi polskie gazety – opowiadał, że jego mała wówczas córka dziwiła się, dlaczego przychodzą same okładki. „Głos” miał wtedy cztery strony, podczas gdy „La Gazetta dello Sport” – 54. Gdy Widzewowi groziło bankructwo, został prezesem i wyciągnął klub z długów. – Gdzie jest łódzki biznes? Dlaczego Widzew musi ratować pewien Rzymianin i wędliniarz z Nowego Dworu? – zżymał się. Nadal przeżywa to, co dzieje się w jego klubie. „Mnie jako zwykłego kibica i byłego piłkarza serce boli” – napisał na X po porażce w Szczecinie. „Jestem zdruzgotany, płakać się chce”.

Niech Włosi wielbią go za zasługi dla Juventusu i Romy, bo w tych klubach wybierano go do jedenastki wszech czasów. My składamy urodzinowe życzenia wielkiemu piłkarzowi Widzewa i reprezentacji Polski.

Wojciech Filipiak

Grudzień 2025, Stadion Olimpijski w stolicy Włoch, mecz AS Roma - Como. Zbigniew Boniek pozdrawia rzymskich fanów! Fot. IPA/SIPA USA/PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się