Bo lud tego oczekuje!

Rozmowa z Szymonem Marciniakiem, najlepszym piłkarskim sędzią na świecie

VAR to fantastyczne narzędzie; byle nie w nadmiarze – uważa Szymon Marciniak. Fot. Press Focus

Organizatorzy Superbet Spodek Super Cup nie potrafili odpowiedzieć, kto w 2025 rozdał więcej autografów: pan czy Lukas Podolski. W trzeciej edycji już nie było wątpliwości: Szymon Marciniak w tej konkurencji okazał się „the best”!

– Może dlatego, że Lukasa nie było (śmiech). Cieszę się, że nasza praca – myślę tu o całym środowisku sędziowskim – pozwala pokazać tym oblegającym mnie dzieciaczkom, że jeżeli nawet nie uda się zostać wybitnym piłkarzem, to jest jeszcze inna działalność w futbolu, która pozwala być uczestnikiem – i to dość istotnym – najważniejszych zawodów. Nie każdy musi sędziować Ligę Mistrzów czy finał mistrzostw świata; można sędziować ekstraklasę, pierwszą, drugą, trzecią ligę i też być częścią wielkiej piłki, spotykać fajnych piłkarzy, świetnych trenerów, kapitalnych kibiców i robić to, co się kocha, czyli oglądać piłkę z bardzo bliska. Zawsze mówię, że sędziowie mają najlepsze bilety na mecz (śmiech).

Do specyfiki pracy arbitrów za chwilę wrócimy, ale muszę jeszcze zapytać o tych pana młodych fanów. Sam słyszałem ich prośby o gwizdek i żółtą kartkę, a jaka była najbardziej niezwykła sugestia, jaką pana „poczęstowano” w Spodku?

– To jeszcze przed wejściem do Spodka, bo już tam poproszono mnie o... czapkę. Gdybym chciał spełnić każde życzenie, to zostałbym pewnie całkowicie rozebrany. Przyzwyczaiłem się, że po takich turniejach wracam do domu w nieco uboższej garderobie (śmiech). Nawet ta frotka na nadgarstku już została obiecana jednemu z dzieciaków, ale skoro taka pamiątka jest dla nich ważna, to się cieszę: jeżeli dzięki ich fascynacji uda się kogoś odciągnąć na dłużej od gier komputerowych, od telewizora czy smartfona, to jest to dla mnie bardzo miłe.

Pańska popularność rzeczywiście jest ogromna. Ale czy nie jest tak, że w tej beczce miodu jest i łyżeczka dziegciu? Myślę o tym, że będąc na topie, jest się też – również dzięki VAR-owi – nieustannie na cenzurowanym i to bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

– My, jako sędziowie, patrzymy na to zupełnie inaczej, bo wiemy dobrze, jak to wygląda. Jesteśmy grupą, która jest narażona na największy hejt i krytykę, bo rozstrzygamy rywalizację między dwoma klubami. Ten, który przegra, szuka powodu tego, że tak się stało, a najłatwiej znaleźć go w sędziowaniu. My też analizujemy różne klipy, powtórki, zapisy z kamer, które mają sędziowie VAR i to, co pokazywane jest potem w telewizyjnym studiu. I widzimy, że jest to czasami szukanie tematów zastępczych. Oczywiście, żeby była jasność: nie jesteśmy nieomylni, a sędziowanie nigdy nie będzie idealne, bo sędzia idealny jeszcze się nie urodził.

Czasem jednak odnosi się wrażenie – słuchając ekspertów lub „ekspertów” – że nie tylko daleko wam do ideału, ale że jesteście nieudacznikami...

– Pamiętam, że Pierluigi Collina zawsze powtarzał, że jesteśmy na pierwszej linii frontu; wśród tych, którzy idą na pierwszy strzał. Cóż, trzeba to zaakceptować – choćby po to, żeby ciągle się szkolić, wyciągać wnioski i jechać dalej. Na to, co się wydarzyło „wczoraj”, nie mamy już wpływu; ale mamy wpływ na to, co zrobimy za tydzień. Właśnie takim myśleniem staram się zarazić młodych sędziów, mniej doświadczonych, wchodzących dopiero do zawodu, który jest bardzo niewdzięczny, bo można sędziować finał mundialu, finał Ligi Mistrzów, finał Klubowych Mistrzostw Świata, a i tak ci wytkną jakąś decyzję, która nie była idealna. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zrobił błędu w życiu, w swoim fachu; nie wiem, może ten, kto nic nie robi. My, jako kraj, jesteśmy mistrzami świata w ocenianiu i szukaniu ideałów, ale u kogoś innego, u siebie niezbyt. Już myślę o wiosennym graniu w ekstraklasie, które za chwilę się zacznie. Ta runda będzie trudniejsza, bo wiele drużyn będzie grało o jak najwyższe miejsca, o puchary, a druga część o to, żeby nie spaść z ligi. Wiemy, jak bardzo duże są pieniądze w ekstraklasie. Każdy będzie walczył o te złotówki, a na końcu – jak zwykle – najkrytyczniej będą oceniane decyzje sędziowskie...

Ale i tak – jak sądzę – czeka pan już niecierpliwie na wznowienie rozgrywek?

– Dla mnie to znów rok szczególny: zbliżają się mistrzostwa świata, za chwileczkę – w lutym i marcu – szereg obozów UEFA i FIFA; w tym ten najważniejszy, na którym zostanie wyłoniona wąska – 11-13 nazwisk – grupa sędziów z UEFA, którzy pojadą na amerykański mundial. Mam za sobą ciężki okres w grudniu. Jestem miesiąc po operacji „achillesa”. Turniej w Spodku tak naprawdę to dla mnie pierwsze kroki po zabiegu. Nie ukrywam, że noga jeszcze boli. Daję sobie dwa-trzy tygodnie na to, żeby wrócić na te najważniejsze boiska i znów dać, mam nadzieję, radość wielu polskim kibicom, którzy trzymają kciuki i wysyłają tysiące sympatycznych wiadomości w social mediach, za które serdecznie dziękuję.

Wywołał pan temat mundialu. Myśli pan o tym, że jeszcze nie było takiego, który sędziowałby dwa kolejne finały tej imprezy?

– I takiego nie będzie, żeby była jasność! Myślę, że ludzie, którzy stąpają mocno po ziemi, wiedzą, że to jest niemożliwe, ale jest szansa na coś innego: na otwarcie mistrzostw świata albo na półfinał. To są też ogromne sprawy, które dałyby mi – jako sportowcowi, sędziemu – niesamowitego kopa, żeby tym młodym jurnym sędziom, którzy nas gonią, pokazać, że starsi wciąż jeszcze im uciekają (śmiech). Więc najważniejsze dla mnie jest to, żeby pojechać na ten turniej. I żeby było o nas cicho. Wiem, że tak się nie da: jak sędziujesz wielkie mecze, to i tak wszyscy o tobie mówią. Najbardziej chodzi o to, żeby wszystkie podjęte decyzje były dobre.

Tego życzymy. A ja jeszcze wywołam jeden temat. Myślę, że wyrosło nam już pokolenie kibiców, które pamięta i zna piłkę tylko z VAR-em. Obaj znamy ją jeszcze z czasów bez VAR-u. Zdarza się panu chwilami zatęsknić za tymi czasami, kiedy go nie było?

– Uważam, że VAR to jest fantastyczne narzędzie, które daje poczucie sprawiedliwości uczestnikom meczu, a sędziemu szansę na to, żeby obejrzeć dane wydarzenie pod innym kątem. Pamiętajmy jednak – i to mówił od samego początku Collina – że VAR nie rozstrzygnie wszystkich problemów i kontrowersji. Zgodnie z ideą miał być tylko do biało-czarnych sytuacji. Dziś przesuwamy jego granice. Czasami powiedziałbym nawet – i biję się w piersi jako przedstawiciel środowiska sędziowskiego – że VAR wchodzi w sytuacje, których nie powinniśmy dotykać!

To czemu to robi?!

– Bo... lud tego oczekuje! Użycie VAR-u staje się coraz bardziej znaczącym momentem wydarzenia piłkarskiego. Na każdym stadionie kibicuje się inaczej. Mnie zostało w głowie nieduże, ale bardzo urocze środowisko kibicowskie na stadionie w Niecieczy, gdzie prawie w każdej sytuacji ludzie krzyczą: „Gdzie jest VAR, gdzie jest VAR?” To pokazuje, że chcieliby, aby tego VAR-u używano jeszcze więcej, a ja uważam, że już teraz używamy go za często.

Jak rozwiązać ten problem?

– To już pytanie, na które muszą znaleźć odpowiedź ci, którzy o takich rzeczach decydują.

Dyskutujecie o tym środowisku sędziowskim?

– Oczywiście. Również dlatego, że i kluby, i piłkarze też oczekują więcej VAR-u, domagają się challenge'ów. A ja – jako jeden z najbardziej doświadczonych sędziów – uważam, że jest tego za dużo. I troszkę tęsknię za tą piłką, która była cudowna...

bo bez VAR-u?

– Do dziś wielu trenerów mówi do mnie: „Mister Simon, ta piłka kiedyś była fajna, gdy wasza decyzja była ostateczna. Wy też jesteście ludźmi; czemu wszyscy mogą popełniać błędy, a wy, sędziowie, nie?”. I prawdą jest to, na co kiedyś zwrócił mi uwagę jeden z wielkich szkoleniowców: odbiera się nam prawo do popełniania błędu! Oczywiście mówimy o piłce czystej i o błędzie niezamierzonym. Jest jednak i druga strona tego medalu: jeżeli jako sędzia dostaję do rąk narzędzie, które ma mi pomóc w jeszcze lepszym sędziowaniu, czemu z niego nie skorzystać? Trenerzy mają swoje drony, laptopy i całe rzesze pomocników. Właśnie czytam, że sztab Legii ma liczyć 28 osób – to jest jakaś abstrakcja, skoro ma być ich więcej niż piłkarzy...

Ale rozumiem, że kocha pan bieganie po boisku z gwizdkiem bardziej niż siedzenie przed VAR-owskim ekranem?

– Zdecydowanie bardziej wolę być na boisku. To jest moja praca, część kontraktu. Oczywiście trzeba też bywać na VAR-ze, pomagać młodszym kolegom, ale tylko będąc na boisku, mając pod stopami trawę i słysząc trybuny, czuję się jak prawdziwy sędzia!

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się