Błoto, wzrost i algorytmy

Olimpijski finał w kałuży. Czego nie rozumieli „sportowi Einsteini” w 1936 roku?

Olimpijski turniej w Berlinie rozgrywano często w deszczu i błocie. Fot. Olympics.com

RZUT ZZA BOISKA

Przeglądałem niedawno archiwalne numery New York Timesa z lat 30. ubiegłego wieku. Kilka razy musiałem ze zdumienia przecierać oczy, czytając o absurdach, które działy się przed i w trakcie igrzysk w Berlinie w 1936 roku. Do Niemiec zjechali amerykańscy koszykarze – faworyci, ale i przybysze z innej planety. W kadrze USA byli m.in. Joe Fortenberry (206 cm) i Willard Schmidt (209 cm). Niemieckie media, nieprzyzwyczajone do takich gabarytów, nazywały ich krótko: Riesen – Olbrzymami.

Amerykanie przeszli przez turniej jak burza, ale warunki, w jakich przyszło im walczyć o złoto, przypominały raczej poligon niż święto sportu. Grali na otwartym korcie tenisowym – był to jedyny taki turniej w historii olimpizmu. Finał odbywał się w ulewie, a zawodnicy brodzili w mazi, ślizgając się i bezskutecznie próbując kozłować piłkę, która w błocie po prostu przestawała się odbijać. Całe to widowisko obserwowało około tysiąca zdezorientowanych widzów pod parasolami.

To nie musiał być „błotny basket”, ale reguły dyktowali gospodarze. Choć grę wymyślili Amerykanie i Kanadyjczycy, na miejscu dowiedzieli się, że zasady ich własnego sportu ustalają... szwajcarski urzędnik i brytyjski wojskowy, pod czujnym okiem niemieckich sędziów od piłki ręcznej. Europa, która dopiero co poznała koszykówkę dzięki misjonarzom z YMCA, uznała, że wie lepiej, jak w nią grać, niż jej twórcy.

Absurdy mnożyły się szybciej niż punkty na tablicy. W trakcie igrzysk Japończycy, wspierani przez kraje azjatyckie, zaproponowali, by w zawodach międzynarodowych... zakazać gry zawodnikom mierzącym powyżej 190 centymetrów! To nie żart. Chciano wykluczyć „wielkoludów”, by gra była „sprawiedliwa”.

Urzędnicy wymyślili też system rozgrywek, którego nikt nie rozumiał. Jak pisał ówczesny dziennikarz NYT: „Przewiduje on rundy „pocieszenia” dla drużyn pokonanych (...). Ostatecznie każdy musi wziąć udział w turnieju grupowym opartym na zasadach par i wolnych losów znanych z Pucharu Davisa. Być może ma to sens dla sportowych Einsteinów, którzy to opracowali, ale nikt inny nie wie, o co w tym wszystkim chodzi”.

Brzmi znajomo? Przeskoczmy o 90 lat do przodu. Dziś nie gramy już w błocie, a koszykarze o wzroście 190 cm uchodzą za „niskich”. Ale duch „sportowych Einsteinów” z berlińskich biur ma się świetnie. Dziś objawia się w systemie VAR, który przez pięć minut analizuje, czy czubek buta napastnika nie wystawał o milimetr przed linię obrony, zabijając radość z gola. Widzimy go w skokach narciarskich, gdzie o zwycięstwie decydują przeliczniki wiatru i punkty za belkę, których przeciętny kibic nie jest w stanie policzyć bez kalkulatora w ręku.

Czy to wciąż ta sama gra, którą wymyślili pasjonaci? Czy może sport stał się zakładnikiem procedur, algorytmów i biurokratycznej obsesji na punkcie „sprawiedliwości”, która z prawdziwą rywalizacją ma niewiele wspólnego?

Patrząc na Joe Fortenberry’ego, który w 1936 roku musiał niemal przepraszać za to, że jest wysoki, i na dzisiejszego kibica, który po zdobytej bramce zamiast krzyczeć z radości, w napięciu wpatruje się w sędziego dotykającego słuchawki, widzę to samo. Sportową duszę uwięzioną w ciasnym gorsecie paragrafów...

Piotr Płatek

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się