Bliskość ciszy

REMANENT - Jerzy Chromik

Było słonecznie. Podejrzanie słonecznie, bo 1 listopada najczęściej pada, a w najlepszym przypadku – mży. Może dlatego, że cmentarz nie kojarzy się raczej z pogodą ducha. Raczej z mrokiem i wilgocią.
Napisałem tego dnia o poranku na Twitterze, bo nowa nazwa X jest dla mnie nie do przyjęcia:

Odłóż smartfon,
nie włączaj latarki,
zapal ZNICZ...
Oni już dobiegli,
Ty jeszcze drepczesz.
Czasami w miejscu.

I o tym będzie dzisiaj. Jakie znaczenie ma tak długo oczekiwane odejście Iordanescu z Legii czy nagłe zastąpienie trenera Radomiaka przez Feio. No jakie? Co to jest wobec wieczności?
Wszyscy czasami drepczemy w miejscu, zajmując się tematami zastępczymi. Podniecamy czymś, co w perspektywie miejsca wiecznego spoczynku jest bez większego znaczenia. Owszem, trzeba sobie wypełniać te coraz krótsze jesienne wieczory i wybrać jakiś film dokumentalny w naszym streamingu tego coraz dłuższego życia. Sport się do tego nadaje jak mało co, ale przecież tenże sport może skrócić nasze przebywanie na łez padole.
Oddał to Tomek Sowa w dwóch okolicznościowych tekstach dla Czytelni VIP.
„Są chwile, kiedy stadion, będący często mieszanką krzyków i braw, milknie tak, że słychać tylko pojedyncze oddechy. Wtedy nie ma zwycięzców. Nie ma przegranych. Zaczyna się liczyć człowiek i jego zdrowie. A każda sekunda może być tą, która zadecyduje nie o końcowym rezultacie, a o życiu”.
Przywołał historię Duńczyka Eriksena, który podczas EURO umierał na oczach stadionu. Został uratowany i po miesiącach wrócił do gry. Ale ilu było takich, którym nie było to dane. Gdy w „Expressie Wieczornym” debiutował na początku lat 90. Andrzej Twarowski, wysłałem go po reportaż najtrudniejszy z możliwych dla adepta. O śmierci na polu karnym bramkarza po zderzeniu z napastnikiem w lidze prowincjonalnej. Andrzej dał radę to opisać i do dziś jest dumny.
Pisywałem i ja o tragediach. To trudne. Najbliżsi, których chcesz wesprzeć, ale też chcesz oddać, co czuli w godzinie prawdy. Napisałem w „Sportowcu” o śmierci Gaetano Scirei na „gierkówce”. Jaskrawy przykład zaniedbań z tamtego systemu. Mam też w dorobku „Siedem metrów samotności” o śmierci młodego saneczkarza pod Bielsko-Białą. Zginął, bo ktoś zostawił zamknięty szlaban siedem metrów za ostatnim wirażem i ten podciął mu szyję.
Ale w te dni przywróciłem przed oczy Czytelników „Życie pod zniczem”. Opowieść Krzysztofa Berendta z bydgoskiego Zawiszy, który przeżył swoją śmierć i mógł zapalić we Wszystkich Świętych znicz na grobie, w którym miał spocząć.
I współczesna historia, która krzepi jak cukier. Odwiedziłem Włodzimierza Nahornego w jego mieszkaniu. Dziś ma 84. urodziny. Też wrócił do nas z dalekiej podróży na tamten świat. Mógł bowiem zapłacić najwyższą cenę za ostatnią płytę zatytułowaną „Bliskość ciszy”. Wycieńczony pracą nad nią zakrztusił się sokiem z granatu. Tak jak Jonasz Kofta golonką. Pan Włodek spędził prawie dwa miesiące na OIOM-ie, potem było pół roku rehabilitacji, ale ostatnio miał znowu dwa koncerty. W przypływie szczerości powiedział mi jednak na ucho...
– Szkoda, że stamtąd wróciłem. Miałbym to z głowy. A tak będę musiał męczyć się znowu z tym umieraniem...

*

Tak bardzo mi do ciebie
 Blisko
Ta cisza zrozumiała 
Wszystko 
Poprowadziła 
Nas 
Od gniewu
 Ku drzewom
 W ptaków śpiew 
Wśród listków 

Nie trzeba nam słów
 Słowa ranią
 Znów anioł
 Ciszy jest 
Jest przy nas

 Położył nam 
Swój palec chłodny na głodne usta 
Wypełniła się pustka
 Ucichł zgiełk 
Co rósł w nas

 Ta cisza jest 
Jak łza
 Łza co trwa
 U powiek
Człowiek
 W słowie 
Gubi ją łatwo 
Żyć bez łzy 
Nie warto...

Janusz Kofta

On już dobiegł... Odłóż smartfon, zapal ZNICZ. Fot. Paweł Czado

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się