Białystok świętuje
Podlasie nie zaśnie. Jagiellonia po raz pierwszy w historii została mistrzem Polski.
Piłkarze Jagiellonii mogli w sobotnie popołudnie zacząć świętowanie. Fot. Michał Kość/PressFocus
Białystok świętuje
Podlasie nie zaśnie. Jagiellonia po raz pierwszy w historii została mistrzem Polski.
JAGIELLONIA BIAŁYSTOK
Na to czekał cały Białystok. Jagiellonia, klub, który powstał w 1920 roku, po raz pierwszy w swojej historii sięgnął po mistrzostwo Polski. To sukces, na który wyczekiwano przede wszystkim od 2007 roku. To wtedy białostoczanie awansowali do ekstraklasy i utrzymują się w niej aż do teraz. Przez te lata klub przeżywał wzloty i upadki. Dwukrotnie zdobywał srebrny medal (2016/17 i 2017/18) oraz raz sięgnął po brąz (2014/15). „Duma Podlasia” chciała więcej i finalnie dopięła swego. Po spotkaniu z Wartą oficjalnie może cieszyć się z osiągnięcia celu, o którym jeszcze rok temu mało kto mógł marzyć.
Inna drużyna
Gdy w kwietniu ubiegłego roku Adrian Siemieniec obejmował stery w zespole, Jagiellonia znajdowała się na 14. pozycji i miała tylko 2 punkty przewagi nad strefą spadkową. Ekipa z Białegostoku finalnie zakończyła sezon na miejscu 12. i raczej nie zapowiadało się na to, żeby nowy szkoleniowiec w kilka miesięcy mógł dokonać olbrzymiej rewolucji. Tymczasem po letniej przerwie na ekstraklasowych boiskach zobaczyliśmy zupełnie inny zespół. Zmiany nie dotyczyły tylko personaliów, ale przede wszystkim sposobu gry. Jagiellonia zaczęła być skuteczna, długo nie przegrywała na swoim boisku i właściwie od początku do końca sezonu była jednym z faworytów do mistrzostwa.
Świadomi gracze
Osiągnięcie celu nie może dziwić. W końcu zapowiadało się na to od dłuższego czasu. Jeszcze przed spotkaniem z Wartą czuć było w białostockim zespole, że jest gotowy na to, żeby w końcu, po ponad 100 latach istnienia klubu, zajął 1. miejsce w najwyższej klasie rozgrywkowej na koniec zmagań wiosennych. Dobre nastroje w Białymstoku można było odczuć po tym, co mówili członkowie drużynie przed finałowym meczem z Wartą. - Wszystko jest oczywiste. Wszyscy wiemy, co jest przed nami, w jakim momencie się znajdujemy i nie ma potrzeby podkreślania tego na każdym kroku – stwierdził przed spotkaniem Adrian Siemieniec. Trener podkreślił tym samym, że jego zawodnicy są świadomi tego, co mogą osiągnąć. Wiedzą, w jaki sposób osiągnąć cel. Ta świadomość doprowadziła ich do momentu triumfu.
Dojrzałość prezentowali zresztą sami piłkarze. - Dla takich chwil zaczynałem grę jako dziecko. Człowiek poświęca mnóstwo czasu w swoim życiu i w takich momentach może powiedzieć, że warto było. Naturalnie żyjemy w tym świecie i nie da się od tego odciąć. Wychodząc na ulicę, spotykam ludzi, którzy przybijają piątki, machają, ale ja to odbieram pozytywnie. Chciałbym, aby taka atmosfera była nie przez kolejny miesiąc, ale przez kolejne lata. Czy myślę o ewentualnym niepowodzeniu? Idąc ulicą, patrzę do przodu, a nie za siebie. Wychodząc na boisko, myślę tylko o tym, aby wygrać mecz – powiedział lider Jagiellonii i jej kapitan Taras Romanczuk podczas spotkania z mediami przed starciem z poznaniakami. To właśnie on jest twarzą tego sukcesu. W 2014 roku Jagiellonia zakupiła Ukraińca, który później, w 2018 roku, otrzymał także polski paszport, z Legionovii. Od tego momentu Romaczuk przeszedł długą drogę, do momentu, gdy stał się kapitanem drużyny.
Niespełnione marzenie
32-latek jest jedynym zawodnikiem Jagiellonii, który doskonale pamięta, jak zespół w sezonie 2016/17 w dramatycznych okolicznościach stracił szansę na złoty medal. Po sezonie zasadniczym drużyna Michała Probierza była na pierwszym miejscu, jednak po podziale ligi na grupę spadkową i mistrzowską, spadł na 2. lokatę. Mimo wszystko białostoczanie wciąż byli w grze o bycie na szczycie. Prowadząca Legia musiała stracić punkty, a Jagiellonia wygrać z Lechem. Pierwszy z warunków został spełniony, jednak „Duma Podlasia” nie była stanie wygrać z poznaniakami, którzy w pierwszej połowie wyszli na dwubramkowe prowadzenie. Udało jej się tylko doprowadzić do remisu, który nic nie zmienił. Srebrny medal był marnym pocieszeniem, biorąc pod uwagę to, że „Kolejorz” przez ostatnie kilkanaście minut spotkania grał w osłabieniu.
Sukces dyrektora
Jednak od tamtego pory skład zespołu drastycznie się zmienił. Romanczuk pozostał, ale ludzie wokół niego cały czas się rotowali. Nawet przed tym sezonem klub aktywnie działał na rynku. Z Widzewa sprowadzony został Kristoffer Hansen. Ze spadającej na 3. poziom rozgrywkowy w Hiszpanii Ponferradiny do Białegostoku przyszli Jose Naranjo oraz Adrian Dieguez. Świetnymi wzmocnieniami okazali się Afimico Pululu oraz Dominik Marczuk. To ogromny sukces Jagiellonii, ale przede wszystkim dyrektora sportowego Łukasza Masłowskiego. Znalazł piłkarzy, którzy stanowili ogromne wzmocnienie i zupełnie odmienili oblicze zespołu, który rok temu walczył o utrzymanie. A przecież ich sprowadzenie wcale nie było oczywistą decyzją. 20-letni Marczuk nie miał doświadczenia w ekstraklasie, a zakończył sezon jako jeden z najlepszych asystentów w lidze. Pululu nie potrafił przebić się w Niemczech i Szwajcarii, a na Podlasiu odżył. Hansen w Łodzi nie był czołową postacią, ale to uległo drastycznej zmianie po przeprowadzce do Białegostoku. Natomiast Dieguez w ogóle nie przypomina polskich obrońców, a już w swoim pierwszym sezonie był zawodnikiem nie do zastąpienia w układance trenera Siemieńca. Z nich wszystkich najmniej zadowoleni w otoczeniu Jagiellonii mogą być z Naranjo, a przecież on także przeżył fantastyczną jesień, podczas której zdobył 6 bramek.
Remis jak wygrana
Oczywiście sezon dla Jagiellonii nie był usłany różami. Po drodze białostoczanie zaliczyli kilka wpadek. Między innymi tydzień temu w Gliwicach, gdy powinni poradzić sobie z Piastem. Mimo wszystko wywalczony remis okazał się zbawienny. Bohaterem sezonu okazał się Jesus Imaz, dyrygent gry ofensywnej ekipy trenera Siemieńca. Hiszpański weteran zdobył gola na wagę punktu, który utrzymywał Jagiellonię na pierwszym miejscu przed ostatnią kolejką sezonu. Prawda jest jednak taka, że podlaska drużyna powinna z mistrzostwa cieszyć się znacznie wcześniej. Gdyby w kwietniu Dominik Marczuk wykorzystał swoją okazję w ostatnich minutach meczu z Pogonią i gdyby tydzień później białostoczanie nie przegrali ze Stalą w Mielcu, ze złotych medali cieszyłaby się wcześniej. Jednak jesteśmy przekonani o tym, że nikt w stolicy Podlasia nie narzeka na to, że mistrzostwo udało się zdobyć trochę później. Liczy się w końcu efekt, który okazał się historycznym sukcesem.
Kacper Janoszka
