Bezdreszczowo
WYMIANA KOSZULEK - cotygodniowy felieton Wojciecha Kuczoka
Zaraz zaczyna się mundial - zawsze o tej porze miałem reisefieber. Jak w dzieciństwie, w przeddzień Wielkanocy, gdy zajączek miał schować prezenty, nie mogłem zasnąć, chciałem przewinąć albo wyciąć tę sobotnią noc dzielącą mnie od poszukiwania upominków, żałowałem, że nie wystarczy zmrużyć oczu, aby się przenieść do niedzielnego poranka.
W dniu inauguracji mundialu byłem zawsze podobnie rozgorączkowany, aż skóra mi się gęsiła z podniecenia, że to już za chwileczkę, już za momencik, miesiąc z futbolem zacznie się kręcić, mecz za meczem, transmisyjny trans, kibicowskie opętanie, oddzielenie od świata i rzeczywistochy, piłkomania biorąca w nawias wszystkie sprawy doczesne, delirium futbolowe, zaburzające funkcje poznawcze wszędzie tam, gdzie nie dotyczyły kwestii sportowych, mundialowy zespół otępienny, objawiający się absolutnym brakiem reakcji na pozaboiskowe bodźce. Pierwsze minuty meczów otwarcia były jak zanurzenie się w basenie podczas upału, rozkoszne i wyczekiwane niczym upragnione wakacje, pierwsze dni piłkarskich mistrzostw świata wprowadzały mnie zawsze w błogostan, bez względu na ich sportową jakość – daleko mi było jeszcze do przesytu, skarb kibica wciąż miał większość rubryk niezapisanych, wypływałem dopiero na morze piłki nożnej, aby oddać się w nim spokojnemu dryfowi.
Tak było zawsze, no może niemal zawsze, bo z przerwami na moje skandaliczne i nieodpowiedzialne czerwcowe romanse, kiedy zdarzało mi się nad kibicowską namiętność przedkładać tę płciową, ale to przytrafiło mi się tylko dwa razy: w 1990, gdy zamiast świadkować sensacyjnej porażce Argentyny z Kamerunem wybrałem młodzieńcze lekcje anatomii na materacu rozłożonym w jednej z grot Góry Birów, i w 2002, kiedy równie niespodzianą porażkę Francji z Senegalem przegapiłem za sprawą spontanicznej przychylności pewnej Tarnogórzanki.
Człowiek był młody, miał libido jak Lhotse z Everestem, dokonywał zatem wyborów świętokradczych, ale poza tymi przypadkami nie mam się z czego kajać, wiernie oglądałem wszystko jak leci na jedenastu kolejnych mundialach, przeżywałem je, oddychałem nimi, żywiłem się nimi. Aż przyszedł Infantino i wszystko sp….olił.
Dzisiaj inauguracja, a ja nic nie czuję. Żadnych ciar, żadnych dreszczy. A raczej czuję żal, że mi coś odebrano. Zamiast pełnego przyjemnego napięcia wyczekiwania, czuję raczej niepokój – jak to możliwe, że ta impreza niewiele mnie obchodzi? 48 drużyn to za dużo, to się nie może obronić sportowo, kiedy spoglądam na rozpiskę meczów, widzę zbyt wiele potencjalnych paździerzy, aby planować zarywanie nocy. Być może po zakończeniu fazy grupowej zacznie się granie na poważnie – na razie zamiast festiwalu piłki mamy wiejski odpust, na którym każdy może sobie kupić na straganie jakieś badziewie. Pierwszy sensowny mecz odbędzie się w nocy z niedzieli na poniedziałek, o północy Brazylia zagra z Marokiem, może sobie strzelę kawę, żeby to zobaczyć. Ale wcześniej kiepsko to wygląda.
Meksyk z RPA na otwarcie? To już było grane, szesnaście lat temu oglądałem taką inaugurację jeszcze w berlińskim mieszkaniu, gdzie akurat kończyłem rezydencję literacką, wyszło na bramkowy remis. Piętro pode mną mieszkał wtedy argentyński poeta, w stosunku do którego byłem transmisyjnie opóźniony o kilkanaście sekund – może dlatego, że on to oglądał z kablówki, a ja z satelity – kiedy potem grała Argentyna, jego ekstatyczny ryk oznajmiał mi z dużym wyprzedzeniem, że następna akcja Albicelestes zakończy się golem.
Szkoda, że odstąpiono od tradycji pierwszego meczu z udziałem obrońców tytułu – zawsze to jednak budziło większe emocje niż mecze gospodarzy, zwłaszcza od kiedy zaczęto ich dobierać z mniej chyżych piłkarsko kontynentów. Ospali mistrzowie nie umieli na starcie wygrywać, dzięki czemu mieliśmy kilka niespodzianek: oprócz wspomnianych triumfów drużyn afrykańskich, w 1982 Belgia wygrała z Argentyną, w 1986 Włosi nie potrafili pokonać Bułgarii, w 1994 Niemcy wymęczyli wygraną z Boliwią, tylko w 1998 Brazylia całkiem żwawo poczynała sobie ze Szkotami, choć wygrała minimalnie.
W 2006 Niemcy spuścili łomot Kostaryce i to był bodaj najlepszy mecz otwarcia od kiedy sięgam pamięcią, szkoda tylko że kilka godzin później Polacy pokpili sprawę z Ekwadorem i cały piłkarski rausz diabli wzięli – od początku oglądaliśmy tamten mundial na kacu. Teraz Polaków na turnieju nie ma i to jest na razie jedyny jednoznacznie pozytywny aspekt tej jankeskiej hucpy. Brak naszej reprezentacji oznacza, że niebezpieczeństwo zatrucia antyfutbolem znad Wisły zostało zduszone w zarodku – jak się trafi na innych patałachów męczących gałę, można po prostu wyłączyć telewizor, Polaków niestety serce nakazywało oglądać do samego końca.
