Bez rauszu
WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok
24 lata temu nawet nie zerkałem ojcu przez ramię (ten już w ramach przedstarczego stuporu oglądał wszystko, zwłaszcza w okresie świątecznym przyrośnięty do fotela), dopóki nie zawołał: „Wojtek, Polak pobił rekord skoczni w Oberstdorfie!”.Tylko zaraz potem jakiś Niemiec go poprawił, więc uznałem, że nawet małpa czasem trafi akord konsonansowy, nie warto się przejmować. Tylko że za kilka dni w GaPa rzecz się powtórzyła, no a zawody w GaPa wyjątkowo oglądałem rokrocznie w ramach detoksykacji posylwestrowej - człowiek się budził akurat około południa i tęsknił do harmonii sfer, bo we łbie jeszcze ciążyły zeszłoroczne promile. Matka podsuwała barszczyk, stary już siedział wgapiony w pierwszą serię, to się dosiadało, spoglądało, przypominało letnie ferratowanie po Alpach Bawarskich i rozpoznawało w tle masyw Wanka, a czasem mignął i Alpspitze, na którym się niegdyś oświadczyło drugiej przyszłej byłej żonie i zostało przyjętym pod warunkiem bezpiecznego sprowadzenia nas ku dolinom. Polak znowu poleciał najdalej, tylko spadł na równe nogi, więc nie wygrał, no ale to już było wydarzenie.
Jakiś Niemiec okazał się nie lada mistrzem Martinem Schmittem, Polak miał na imię Adam i przez najbliższe miesiące mieliśmy w osłupieniu spoglądać na ich rywalizację. Zainteresowanie rosło w tempie geometrycznym, wystarczyło kilka miesięcy i luteranin stał się nad Wisłą popularniejszy od papieża, a to już było zaiste cudem na miarę nowego millennium. Tym bardziej że ani Małysz, ani jego trener Tajner nie rozumieli zbytnio, co się dzieje. Wiślanin wygrywał wszystko jak leci, kolejnych jego nie rekordów nikt nie był w stanie poprawiać, a naród zgnębiony wielką sportową smutą lat dziewięćdziesiątych, z klęskową grą reprezentacji na czele plag, nagle mógł się wysycić seryjnymi triumfami. Polak Dominator był niczym Chrystus Pantokrator, władca wszechświata, supermen w kraju supermeneli, mesjasz nart, Pele i Maradona w jednym, samotny sokół w drużynie nielotów.
Z małyszomanii zrodziło się pokolenie sportowców już wychowanych i metodycznie wytrenowanych na przyszłych mistrzów, Kamil Stoch dorównał niebotycznym osiągnięciom Małysza, Dawid Kubacki i Piotr Żyła dokładali medali i pucharów, spełnił się sen o drużynowej potędze, TCS stał się polską specjalnością, bywało że nasi wygrywali rok po roku, rojnie oblegając podium. Tylko że po manii przyszła faza depresyjna, minęły dwie dekady z hakiem i stało się to, czegośmy się bali podświadomie od lat - mistrzowie się zestarzeli, entuzjazm przygasł i nie każde dziecko już chce latać na nartach, a co za tym idzie staliśmy się marni, różnica między krajami nizinnymi i alpejskimi wróciła do normy – jesteśmy raczej w drodze do „finlandyzacji” dyscypliny niż w powrocie na szczyt.
Finowie też mieli swojego geniusza, i dekady potęgi, a teraz żyją wyłącznie wspomnieniami. Być może to nieubłagany cykl, któremu zaradzić nie można – Austriacy rodzą się w butach narciarskich, a skocznie mają na podwórkach, siła złego na jednego, szanse na narodziny geniusza dyscypliny są tam niepomiernie większe, w dodatku zdarza się, że na nizinach im się urodzi jednosezonowy gwiazdor, jak niegdyś Thomas Diethart. Kopaliśmy skutecznie się z końmi przez dwadzieścia lat, to i tak dużo, teraz już jest pozamiatane. Najgorzej, że brak sukcesów Polaków czyni tę dyscyplinę tak nieatrakcyjną – trochę jak z piwem bezalkoholowym, niby smak podobny, ale rauszu nie ma, ileż można w siebie tego wlać.
Panowie Wąsek i Zniszczoł nie wydają się gwiazdami przyszłości, oglądanie ich zmagań o miejsce w drugiej dziesiątce jest jeszcze bardziej beznadziejne niż spoglądanie na to jak dawni mistrzowie spadają na bulę. Przeraźliwie to nudne i niezdrowe emocjonalnie – jedyna nasza radość i nadzieja związane z Turniejem Czterech Skoczni też nosi niemieckie nazwisko: Schadenfreude. Bo fenomen tego turnieju polega na tym, że współgospodarze czekają na zwycięstwo od… 22 lat. Ostatnim Niemcem, który wygrał turniej, był Sven Hannavald. Ośmielił się przerwać dominację Małysza, a by go pokarać, naród polski wznosił tak piekielne modły, że klątwa działa do dzisiaj.
