Bez przebaczenia

REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika

Szedłem właśnie na strych z sankami, gdy na pasku codziennych absurdów telewizyjnych doniesiono uprzejmie i to na różowo, że prezes pewnego związku postanowił co następuje...

Dekady mijają, a my nadal nie mamy szczęścia do tzw. włodarzy (koszmarek językowy) w związkach olimpijskich. Choć nie tylko. W innych też. Do każdego pasuje jak ulał określenie – „Prezes, co się zowie” – z niedawno cytowanego tu wywiadu Agaty Blei sprzed 40 lat dla tygodnika „Sportowiec”.

Jak nie Piesiewicz, to Kulesza, jak nie Kulesza, to prezes Jan Saneczkarski. Ten ostatni nie znosi krytyki, bo przecież wszyscy nasi reprezentanci podczas niedawnych igrzysk zjechali szczęśliwie z górki na pazurki, nawet czasy mieli przyzwoite w każdym ślizgu, a tu zarzuty, że niby sanki nie takie, brak opieki, serwisu i w ogóle. Brakowało tylko zarzutu, że jeżdżą od dawna na jednej płozie. I przecież prawie wcale nie padało...

Prezes rozwiązał więc jednym ruchem flamastra kadrę seniorów, kończąc z ich wycieczkami po świecie. Kasę przerzuca na juniorów, bo oni na razie, jak te ryby w przeręblu, głosu nie mają. „Saneczkarski” ma po ludzku dość odległych miejsc na mecie. Mnie one za bardzo nie przeszkadzają, ale jakie ma to znaczenie. Ja mam już sanki na strychu. Ale przecież taki prezes świeci oczami co zawody i ma szczerze dosyć taniego krytykanctwa. A kolejne igrzyska dopiero za cztery lata, a ON nie ma pewności, czy znowu dostanie miejsce w darmowym hotelu prezesa PKOl.

Prawie w tym samym czasie zapadła decyzja o budowie u nas toru saneczkowego z prawdziwego zdarzenia. Taki naturalny jest nawet w Radzyniu Podlaskim przy Pałacu Potockich, zaraz za żelazną bramą. Wiem, bo jeździłem w latach 1963-70. A koszt tego nowego i syntetycznego, już na miarę XXII wieku, przecież niewielki – raptem 15 milionów złotych po denominacji. Lodowy kosztowałby około 120. Tylko skoro będziemy już mieli obiekt kompozytowy, którego pozazdroszczą nam nawet hegemoni z Niemiec, to zabraknie chyba nam tej rozwiązanej kadry seniorek i seniorów saneczkarzy. Ja to jednak rozumiem. Nie umieją zjeżdżać stylowo, więc pewnie szybko mogą go popsuć. Co innego dzieci. Wyłuskamy z lodowej rynny te utalentowane i co ważne takie bez skłonności do krytyki. Mnie to przekonuje. A Państwa? Wystarczy, że przekonuje... państwo.

Niedawno zadzwonił do mnie bot. Bot jak bot, ale z banku. Odmienił nawet poprawnie moje nazwisko.

– Czy rozmawiam z panem Jerzym Chromik’iem? Zaciął się co prawda na ćwierć sekundy przy „iem”, ale wybrnął. Byłem zbudowany tą poprawnością, bo nawet żywi konsultanci mają kłopoty z odmianą przez przypadki. Przypomniała mi się od razu stara historia, jak po uwadze sekretarza Wisławy Szymborskiej „ależ ja się deklinuję” dzwoniący powiedział „a to przepraszam” i onieśmielony szybko się rozłączył.

Ale jak poradzić sobie z nieco trudniejszym wyzwaniem? Choćby ze stopniowaniem. W szkole podstawowej kolega walczył kiedyś z przymiotnikiem „chory”. Prawie wzorowo. Powiedział przy tablicy:

– Chory, chorszy, trup.

Przenosząc wszystko na podwórko sportowe, niekoniecznie zaśnieżone, śmiało można zażartować – głupi, głupszy, prezes.

Popuszczę jeszcze wodze fantazji. Mamy bezpardonowy atak AI. Idźmy więc z duchem czasu i postawmy na razie w tych mniej newralgicznych związkach sportowych na boty. Może nie od razu w PZPN, bo tam jest za duże ryzyko, że Wisła wyleje akurat we Wrocławiu, choć to miasto nad Odrą. A „nad Odrą i Nysą najważniejsze my som”! Tak krzyczano nie bez racji na wiecach w PRL.

Zacznijmy po cichu w związkach zimowych, bo przecież „wiosna, panie sierżancie” i przed grudniem mało kto zauważy taki eksperyment. Z botem jest jednak trudno się dogadać. Kuzyn to odkrył. Połączył się z pewną firmą telekomunikacyjną i usłyszał podchwytliwe pytanie.

– W czym mogę pomóc?
– Słup się wywrócił – powiedział.
– Nie zrozumiałem, proszę powtórzyć.
– Słup się wywrócił – krzyknął.
– Przełączam do konsultanta.

I to jest dobry patent. Bot nie ma bowiem w rejestrze gotowych odpowiedzi na wszystkie kłopoty dzwoniących, więc szybko się poddaje, nie przedłużając niepotrzebnie sztucznego dialogu.

A jak by to mogło wyglądać w świecie sportu?
– Płoza odpadła!
– Przełączam do ministra.

I to było w tym felietonie do udowodnienia!

Zdrowo w polskich saneczkach się namieszało, ale czy dzięki temu dogonimy świat albo chociażby Łotyszy? Fot. PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się