Bez duszy

Z pewnością inaczej wyobrażał sobie swój powrót do Zagłębia Artur Derbin. Fot. Mateusz Sobczak/PressFocus


Bez duszy

Zagłębie Sosnowiec zakończyło rok w sposób, który wcale nie zaskoczył.


Miałem okazję podziwiania poczynań sosnowieckiej drużyny z wysokości trybun, więc byłem jedną z ponad 2500 osób, która pojawiła się na ArcelorMittal Park we wtorkowy wieczór. Patrząc na spotkanie i obserwując grę Zagłębia na przestrzeni całej rundy, wcale nie dziwiła mnie atmosfera, która panowała wśród kibiców. Nie dziwiły mnie brawa przy każdym niecelnym podaniu. Nie dziwiły mnie śmiechy z trybun. Nie dziwiła mnie sarkastyczna aura, która unosiła się nad stadionem, bo nad grą Zagłębia fani już dawno przestali płakać. Pozostał im tylko śmiech, bo chyba tylko on jest w stanie zatuszować prawdziwe emocje, jakie szarpią tymi, którzy wydają swoje pieniądze na bilety i karnety. Niektórym nerwy i tak puściły po zakończeniu spotkania. Reprezentanci sosnowieckiego klubu po meczu długo czekali i wysłuchiwali tego, co mają im do powiedzenia kibice. Piłkarze oddawali swoje meczowe koszulki pod presją tłumu. Słownie oberwało się nawet Nikodemowi Zielonce, wypożyczonemu z Górnika Zabrze, który koniec końców jest jedyną postacią, która wnosi cokolwiek pozytywnego w grę Zagłębia.

Wtorkowe spotkanie było podsumowaniem całych jesiennych zmagań zespołu. Zaległy mecz ze słabiutkim Chrobrym, którego braki zostały obnażone kilka dni wcześniej przez GKS Katowice, w teorii miał pokazać, że może jeszcze istnieje cień szansy na utrzymanie. Tymczasem zespół Artura Derbina wyglądał jak zgraja nieznających się ludzi. Jak przypadkowe osoby z ulicy, które zostały zaciągnięte na murawę. Jak zespół oldboyów, którzy po piłkarskiej emeryturze spotkali się na nowo, żeby znowu trochę pokopać. W zespole brakowało odwagi i kogoś, kto wziąłby na siebie odpowiedzialność. Przebłyski na skrzydle Zielonki były raczej indywidualnym pokazem umiejętności, który wyglądał jak prośba do władz Górnika o jak najszybsze skrócenie wypożyczenia. Marazm, w jaki popadli sosnowiczanie najlepiej udowodniło wejście na boisko Łukasza Uchnasta, 18-letniego debiutanta z akademii klubu. Jego pojawienie się na murawie pokazało, że naprawdę nie potrzeba wiele, żeby wyglądać na tle piłkarzy Zagłębia dobrze – wystarczy mieć wolę walki. Tego nie można było mu odmówić i przez nieco ponad pół godziny pokazał więcej niż bardziej doświadczeni partnerzy z drużyny.

Od piłkarzy Zagłębia trudno wymagać nieprawdopodobnych walorów piłkarskich. Mecz spędziłem w towarzystwie wieloletniego kibica klubu, który z nudów zaczął wymieniać, skąd poszczególni gracze znajdujący się na murawie pojawili się w Sosnowcu. Jak się okazało, wyliczanka przyniosła efekt w postaci wniosku, że kadra Zagłębia jest zbudowana na tragicznych fundamentach. We wtorek w pierwszym składzie pojawili się 36-letni bramkarz Mateusz Kos, który nigdy nawet nie zadebiutował w ekstraklasie, 26-letni (!) Patryk Caliński, który całą karierę seniorską spędził w rezerwach (!!!) Śląska Wrocław, Dominik Jończy, którego wypchnęło Zagłębie Lubin, Meik Karwot, który zanim znalazł się w Zagłębiu, przez pół roku był bez klubu, czy Tymoteusz Klupś, który został brutalnie zweryfikowany przez ekstraklasowe standardy, a do Sosnowca trafił bezpośrednio z II-ligowych rezerw Lecha. Mecz na ławce rozpoczął „najlepszy napastnik I ligi w ostatnich latach” (jak określił go prezes Arkadiusz Aleksander) Kamil Biliński, podobnie jak wielki transfer Juan Camara. Ta kadra jest po prostu słaba. Nie ma podstawy. Nie ma długoletniej ciągłości. Jedynymi zawodnikami, którzy pamiętają grę w ekstraklasie w sezonie 2018/19 są Dawid Ryndak (we wtorek jeden z najsłabszych na boisku) oraz Konrad Wrzesiński (cały mecz na ławce). Ten drugi w międzyczasie zdążył zmienić barwy klubowe kilkukrotnie. Z pustego i Salomon nie naleje. Trudno więc winić słabych piłkarzy za to, że są słabi. W Zagłębiu ogólnie trudno znaleźć winowajcę obecnego stanu, bo ten, który układał kadrę na ten sezon – dyrektor sportowy Piotr Polczak – pracy został pozbawiony miesiąc temu. Trudno winić też trenera Derbina. Przyszedł do miejsca, które wspomina dobrze i które dobrze wspomina jego. Dostał jednak do pracy taki instrument, na którym fałszowałby nawet Paganini.


Kacper Janoszka