Belka niczym suwak

KOMENTARZ „SPORTU” - Andrzej Wasik

Swego czasu, gdy Polacy odgrywali czołowe role, Iga Świątek była pytana, czy ogląda skoki narciarskie. Odpowiedź była zaskakująca, bo była liderka światowego rankingu stwierdziła, że... nie rozumie tej rywalizacji, nie zawsze wygrywa ten kto skoczy najdalej. Po konkursach w Zakopanem pewnie wiele osób przyzna jej rację.

A jeszcze inni dodadzą, że sędziowie, jury i wszelkiej maści delegaci starają się robić wszystko, żeby zaprzeczyć idei sprawiedliwości.

A przecież wszystkie zmiany, które wprowadzono w ostatnich latach miały wspólny mianownik, żeby na skoczni dla wszystkich było sprawiedliwie i – co bardzo ważne - bezpiecznie. Stąd między innymi przeliczniki za wiatr i żonglowanie belką niczym suwakiem. Prowadzi to jednak czasami do sytuacji, które wywołują niezrozumienie i zwyczajną złość. Z taką mieliśmy do czynienia podczas niedzielnego konkursu indywidualnego w Zakopanem. W pierwszej serii Słoweniec Anże Laniszek oddał kapitalny skok na odległość 145 metrów. I gdy wszyscy ostrzyli sobie zęby na to co pokażą ci najlepsi, z czołowej dziesiątki, czekając nawet na pobicie rekordu Wielkiej Krokwi, wynoszącego 147 m, stało się coś dziwnego. Choć warunki pogodowe się nie zmieniły, to delegat techniczny Jelko Gros - dodajmy Słoweniec - zdecydował o obniżeniu belki z 15 na 14, a potem nawet na 13. Obniżyło to prędkość skaczących po Laniszku rywali i oddali oni znacznie krótsze skoki. Dotknęło to głównie dominujących w tym sezonie Austriaków, którzy ze sporą stratą znaleźli się za plecami lidera.

Pojawiły się więc krytyczne komentarze, że decyzja Grosa podyktowana była być może chęcią „pomocy” swojemu rodakowi. Nie brakowało radykalnych głosów, że powinno się go nawet wyrzucić z tego sportu! W tej powodzi krytyki pod adresem 63-letniego delegata, byłego trenera, który pracował z wielkimi sukcesami, ginęły głosy rozsądku, wskazujące, że jego decyzja była słuszna. Poza tym nie podjął jej sam lecz po konsultacji z innymi członkami jury, monitorującymi wszystko co dzieje się na skoczni. Widocznie uznali, że bez obniżenia belki mogłoby dojść do sytuacji zagrażających zdrowiu skoczków.

Zresztą sprawiedliwości i tak stało się zadość, bo w drugiej serii Laniszek nie wytrzymał presji i po zbyt krótkim skoku - a wszyscy skakali już z tej samej belki - nie tylko nie wygrał, ale nawet nie zmieścił się na podium. A znalazła się na nim dwójka - rzekomo skrzywdzonych Austriaków. Szkoda tylko, że zabrakło na nim miejsca dla polskiego skoczka. Ale to już inna historia.