Baraż podwyższonego ryzyka

Z DRUGIEJ STRONY - Mariusz Rajek

I bynajmniej nie o sportowe ryzyko pozornie łatwego losowania tu chodzi. W dodatku mówimy o sytuacji całkowicie hipotetycznej, a mianowicie takiej, w której Polska poradzi sobie z Albanią, a Ukraina ze Szwecją.

Wtedy organizatorzy EURO 2012 spotkają się w decydującym starciu ze sobą w… No właśnie, gdzie?! Bo raczej na pewno nie na Ukrainie. Wojna do marca raczej się nie zakończy, a tym bardziej do grudnia, gdy trzeba wskazać właściwy obiekt. Donald Trump wprawdzie zapowiadał, że zakończy konflikt w 24 godziny, ale okazał się mniej więcej tak wiarygodny, jak Wróżka Cecylia. Ze względu na konflikt zbrojny za naszą wschodnią granicą, Ukraińcy rozgrywali dotychczasowe mecze eliminacji w Polsce – z Francją we Wrocławiu, z Azerbejdżanem w Krakowie, a z Islandią na Legii w Warszawie. Z racji tego, że formalnie to właśnie nasi rywale będą potencjalnymi organizatorami finału, należy już teraz zadać sobie pytanie, gdzie zostanie rozegrane to spotkanie i szczerze mówiąc – może lepiej, aby tym razem jednak nie w Polsce.

Ze względu na obecną sytuację geopolityczną na świecie organizacja w naszym kraju meczu, którego formalnym gospodarzem są Ukraińcy, to coś więcej niż Puszka Pandory czy bomba z opóźnionym zapłonem. Ze względów bezpieczeństwa taki mecz to wprost dar od losu dla dywersantów oraz służb specjalnych agresora. Skoro nad terytorium Polski wlatują drony, non stop wybuchają pożary, a na kolei dochodzi do aktów sabotażu, wielkim problemem pewnie nie byłoby także przeprowadzenie zamachu terrorystycznego (tak, nazywajmy rzeczy wprost - w Polsce już mamy do czynienia z aktami terroru) podczas meczu piłkarskiego. Lepszej okazji niż ta trudno sobie wyobrazić.

Nawet jeśli do realizacji takiego scenariusza by nie doszło, to - biorąc pod uwagę obecne relacje polsko-ukraińskie, systematycznie i konsekwentnie podsycane przez różnej maści agentów, a także (niestety) sporą część publicystów i polityków – sam mecz stanowi zagrożenie o wiele większe niż rzucanie rac na murawę. Tym bardziej jeśli to Ukraińcy staliby się (a przecież mają do tego pełne prawo jako gospodarze) dystrybutorami biletów i podjęli decyzję o sprzedaży ich przede wszystkim swoim kibicom. Na reakcję współczesnych „żołnierzy wyklętych” z pewnością nie trzeba by długo czekać. Mecz w Polsce, na którym może być zdecydowanie więcej Ukraińców niż Polaków, byłby wodospadem na młyn populistów nawołujących do „jedynej słusznej” reakcji.

Atut „własnego” stadionu mógłby się w tym przypadku okazać naszym ogromnym przekleństwem. Dlatego lepiej jeśli na to spotkanie Ukraińcy wynajmą jednak stadion w Czechach, na Słowacji lub w Niemczech – grywali przecież już w Pradze, Koszycach, Stuttgarcie czy Leverkusen. Aby w ogóle mieć jednak takie problemy, najpierw obie reprezentacje muszą tam awansować. A to wcale takie oczywiste nie jest, zwłaszcza w przypadku Ukrainy. Bo o ile dla Biało-czerwonych wylosowanie Albanii i Ukrainy (w ewentualnym finale) jest niewątpliwie szczęśliwym zrządzeniem losu, to już trafienie Szwecji, w dodatku na jej terenie – już najgorszym wariantem ze sportowego punktu widzenia.

Mariusz Rajek

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się