Bal na tysiąc osób

Rozmowa z Dawidem Gojnym, kapitanem Arki Gdynia

Pochodzący ze Śląska piłkarz naładował akumulatory w rodzinnym gronie. Fot. Dorota Dusik

Z jakim uczuciem żegnał pan 2025 rok? 

- Mogę powiedzieć, że był dla mnie słodko-gorzki. Zacznę od słodyczy, bo przecież wiosną spełniło się moje piłkarskie marzenie. Jako 30-latek świętowałem awans do ekstraklasy. Od pierwszych piłkarskich kroków stawianych w Odrze Wodzisław, przez całe życie do tego dążyłem. Już wiosną 2024 roku było bardzo blisko, ale wtedy na finiszu, gdy nie mogłem grać, bo złamałem kość łokciową - Arka w sposób, do którego nie ma już co wracać, wypuściła awans z rąk. Rok później, już grając do końca sezonu jako kapitan poprowadziłem zespół do mistrzostwa 1. ligi. W ten sposób zrealizowałem pierwszy punkt planu, który sobie nakreśliłem dwa lata temu, przeprowadzając się nad morze. Niestety, później, a tego oczywiście nie było w żadnych planach, pojawiła się kontuzja. Tuż przed startem rozgrywek, podczas treningu, zerwałem mięsień przywodziciela i w pierwszym momencie myślałem, że cała runda jesienna mi ucieknie. Miałem już nawet wyznaczony termin operacji, ale na szczęście udało mi się wyleczyć bez zabiegu chirurgicznego i mogłem zadebiutować w ekstraklasie. Dla kibiców z Gdyni data 18 października nie kojarzy się z niczym dobrym, bo Arka przegrała z Jagiellonią 0:4, ale dla mnie ten dzień na pewno na długo zapisze się w pamięci, bo wchodząc w 75 minucie na boisko w Białymstoku poczułem ten debiutancki dreszcz. Jeszcze więcej radości było jednak w listopadzie, bo w czterech ostatnich meczach rundy jesiennej grałem już z opaską kapitana. Gdybym więc miał podsumować rok 2025 jednym słowem to powiedziałbym – sukces, tym bardziej że Arka jako beniaminek zimuje na 12. miejscu, więc cel minimum został osiągnięty. Optymistycznie patrzę w przyszłość i myślę, że stać nas na więcej.

Zanim jednak przejdziemy do 2026 roku, zapytam o ten jeden najważniejszy moment z minionych już 12 miesięcy. Której chwili nigdy pan nie zapomni?

- Na pewno meczu decydującego o mistrzostwie 1. ligi. Na cztery kolejki przed zakończeniem poprzedniego sezonu, 4 maja, gościliśmy w Gdyni Bruk-Bet Termalicę Nieciecza, czyli wicelidera. Wygraliśmy 2:1 i byliśmy już pewni, że awans jest nasz. 15 tysięcy kibiców wbiegło na murawę i zaczęła się feta. Noszono mnie na rękach i czułem się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Wielką radość czułem także 9 listopada. Tego dnia wyprowadziłem Arkę pierwszy raz w roli kapitana na mecz ekstraklasy i w Gdyni pokonaliśmy mistrza Polski Lecha Poznań 3:1. Naprawdę byłem dumny z drużyny.

Było więc o czym opowiadać przy wigilijnym i świątecznym stole...

- Oj tak, tym bardziej że na Święta Bożego Narodzenia – tradycyjnie – zjechaliśmy w rodzinne strony. Wigilia była u teściowej w Gorzyczkach. Ryby „made in Klaudia” tradycyjnie królowały, a karp na masełku prosto z piekarnika zniknął najszybciej. Oczywiście była też moczka i te wszystkie tradycyjne śląskie potrawy z moimi ulubionymi śliszkami (bułeczki z nadzieniem makowym, posypane startym piernikiem - przyp. red.). Na pewno dań było więcej niż 12, ale ja nie mogłem przeholować, bo już 3 stycznia mamy przecież start przygotowań do rundy wiosennej. Trzeba było o tym pamiętać także przy stole u mojej babci Jadzi. To jednak nie było łatwe, bo gdy wjeżdża rolada, modro kapusta i kluski, to kto się może oprzeć? Także u moich rodziców nie brakowało potraw mięsnych oraz smakołyków, więc trzeba było robić przerywniki w biesiadowaniu. Treningowa rozpiska i limit wagowy zrobiły swoje, więc wróciłem do Gdyni dobrze przygotowany i to pod każdym względem na przywitanie Nowego Roku. Zabraliśmy ze sobą teściową, żeby w Sylwestra zaopiekowała się dziećmi i psem, a my z żoną ruszyliśmy na bal na tysiąc osób. W Rumi jest Hotel Faltom, do którego zostaliśmy zaproszeni przez znajomych spoza piłkarskiego grona. Oczywiście piłkarskich tematów nie mogło zabraknąć, jednak tego dnia, a właściwie tamtej nocy, udało się to wszystko co nas czeka na boiskach potraktować ulgowo i z przymrużeniem oka. Nie znaczy to bynajmniej, że zapomniałem o swoich piłkarskich obowiązkach. W rytm treningowy wszedłem już 20 grudnia, grając w mistrzostwach Śląska w siatkonogę. Co prawda trener napisał w rozpisce treningów, że po odpoczynku jaki nam zalecił to jest pierwszy dzień, w którym mam pobiegać, ale mam nadzieję, że mi to zaliczy jako wypełnienie zadania, bo nabiegałem się sporo. Grając z Krzyśkiem Markowskim w parze, dotarliśmy do ćwierćfinału, a ponieważ ja w tym duecie byłem przyjmującym i rozgrywającym, trochę kilometrów zrobiłem. Tak jak na boisku - ja jestem od noszenia fortepianu, a inni są od popisów, finalizowania akcji i spijania śmietanki (śmiech). To nie znaczy, że narzekam. Mnie to pasuje i jako kapitan mogę też „myć pokład”.

Jakie ma pan plany na ten rok? 

- Ostatniego czerwca mój kontrakt z Arką dobiegnie końca. To jest dla mnie ważna data, ale mam nadzieję, że nie będę czekał w niepewności do końca rundy wiosennej. Klub z Gdyni bezwzględnie ma pierwszeństwo i mam nadzieję, że w najbliższych dniach otrzymam propozycję przedłużenia umowy. Jeżeli tak się stanie, to wtedy z rodziną pozostaniemy nad morzem, bo czujemy się tu bardzo dobrze i nawet moglibyśmy tu pozostać na stałe. Starsza córka jest już w 5. klasie, a młodsza w 2. Natalia uczy się znakomicie, o czym świadczy średnia na świadectwie po 4. klasie – 5,8. Miała same szóstki i jedną piątkę, a w tym półroczu też bardzo dobrze to wygląda, więc chciałaby kontynuować naukę w tej szkole. Martynka też dobrze się czuje w gdyńskiej szkole, a w przyszłym roku szkolnym pójdzie do pierwszej komunii, więc to są mocne argumenty za pozostaniem wśród rówieśników, których już dobrze poznała. Jeżeli jednak nie będzie zainteresowania ze strony włodarzy Arki, to nie wykluczam nawet zimowego odejścia. Z mojej perspektywy jest to jednak tylko gdybanie, bo „piłka jest po stronie klubu". Ja robię swoje. Wiem, że jestem ważną postacią tej drużyny i dopóki w niej jestem, będę dawał z siebie 110 procent, bo taki mam charakter i inaczej nie potrafię. Najważniejsze jednak w moim przypadku jest to, że zdrowie dopisuje, bo po letniej kontuzji nie ma już śladu. Przez 12 lat grania na szczeblu centralnym kontuzje mnie omijały. Pierwszy raz właśnie w lipcu ubiegłego roku pojawił się taki uraz, który wykluczył mnie z gry na dłużej, ale to już historia. A ponieważ od początku mojej piłkarskiej przygody cały czas się pnę, mam nadzieję, że szczyt jeszcze przede mną. Na razie najwięcej rozegranych spotkań mam w 1. lidze, bo na zapleczu ekstraklasy wystąpiłem w 217 meczach od 2018 roku przez 7 sezonów, reprezentując barwy GKS-u Jastrzębie, Zagłębia Sosnowiec i Arki. Wcześniej miałem 127 spotkań drugoligowych spotkań w barwach ROW-u Rybnik. Zobaczymy, do jakiej liczby wyśrubuję mój ekstraklasowy licznik, bo na siedmiu występach nie chciałbym się zatrzymać.

Pana nazwisko pojawiło się w transferowych spekulacjach przy GKS-ie Tychy. Czy może pan zostać zawodnikiem drużyny Łukasza Piszczka?

- Mistrzostwa Śląska w siatkonodze, tradycyjnie od 2012 roku, odbywają w Goczałkowicach-Zdroju, z których – co oczywiście wie każdy kibic piłki nożnej na Śląsku – wywodzi się obecny trener GKS-u Tychy. Jedno z drugim nie ma jednak nic wspólnego. To zwykły przypadek. Ja w hali „Goczuś” grałem trzeci raz z rzędu i jak co roku to była przyjemność. Przymiarki do nowego klubu to zupełnie inny wymiar, jednak - tak jak powiedziałem - decyzja w głównej mierze należy od włodarzy Arki. W tym klubie zbliżam się już do setki oficjalnych spotkań, rozegranych w 1. lidze, ekstraklasie i Pucharze Polski. W styczniu 2023 roku, odchodząc z Zagłębia, pierwszy raz tak naprawdę opuściłem rodzinne strony. Na południu kraju czuję się bardzo dobrze, ale gdyński klimat także mi służy. Nie ukrywam więc, że mam nad czym myśleć, ale to mi nie przeszkodzi w jak najlepszym przygotowaniu do rundy wiosennej. Od 6 do 22 stycznia czeka nas zgrupowanie w Turcji, gdzie rozegramy cztery sparingi. Będziemy się starać przygotować jak najlepszą formę do inauguracji rundy wiosennej, zaplanowanej na 30 stycznia w Radomiu. I tak w tej chwili wyglądają moje plany, ale piłka nożna ma to do siebie, że jest nieprzewidywalna… 

Rozmawiał Jerzy Dusik

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się