Bądźmy ludźmi, w święta nie można mieć diety!
Rozmowa z Mają Chwalińską, reprezentantką Polski w tenisie i zawodniczką BKT Advantage Bielsko-Biała
Top 100 rankingu WTA siedzi mi w głowie mocno i wiem, że reprezentuję odpowiedni poziom, żeby tam się znaleźć - przekonuje 24-letnia Maja Chwalińska. Fot. Tomasz Jastrzębowski/PressFocus
Lubisz objadać się przy świątecznym stole, czy jednak nie możesz i się pilnujesz?
- Nie ograniczam się, wręcz kocham jedzenie świąteczne! Szczególnie uszka z barszczem. Zawsze wyjadam te uszka, zanim barszcz jest gotowy i wszyscy z tego powodu na mnie krzyczą, no! Ale generalnie już się tak nie obżeram, jak kiedyś, chyba już troszeczkę wydoroślałam, jeżeli o to chodzi. Ale umówmy się, w święta nie można mieć diety! Bądźmy ludźmi (śmiech).
Słodkie też kochasz? Sernik, makowiec, jakieś makówki?
- Nie, bardziej te uszka. Ja jestem bardzo taka ciastowa, uwielbiam po prostu kluski wszelkiego rodzaju.
Rozumiem, że pierogi też?
- Pierogi, o Jezu! Kocham! Słodkie można kiedy indziej. Ja nie przepadam tak za słodkim, ale te pierogi, oj tak!
Minęło już ładnych kilka lat, odkąd przeniosłaś się z Dąbrowy Górniczej do Bielska-Białej, choć tamtejszy BKT Advantage reprezentowałaś już znacznie wcześniej. To najlepszy klub w Polsce, czy faktycznie wszystko jest takie fajne tutaj?
- Wychowałam się w Dąbrowie, mieszkałam tam 18 lat, tam zaczynałam tak naprawdę profesjonalną karierę. Przeprowadziłam się do Bielska w 2020 roku i tak sobie tu mieszkam, podoba mi się. Nie powiem, że wszystko jest super, bo to niemożliwe, ale bardzo podoba mi się tutaj rodzinna atmosfera. I zdecydowanie również to, że ten klub nie jest ogromny, śmiejemy się, że tworzymy trochę taką dużą grecką rodzinę (śmiech). Ale tak naprawdę mam też tutaj wszystko, czego potrzebuję: siłownię, twardy kort i trenera (Czech Jaroslav Machovsky - przyp. red.). Tak że dla mnie są tutaj idealne warunki do tego, żebym przygotowywała się do kolejnych startów i się rozwijała.
Gdy wracasz z turniejów, to w Bielsku masz swój kąt?
- Jako tenisiści musimy dużo podróżować i jesteśmy bardzo rzadko u siebie, ale dla mnie to ważne, żeby nawet na te kilka dni w trakcie sezonu mieć gdzie wrócić. Mieć swoje miejsce, niechby małe nawet, ale własne. Żeby mieć dom po prostu.
Rozmawiamy po twoim powrocie z Ameryki Południowej, gdzie wystąpiłaś w trzech turniejach. Nie udało ci się obronić punktów za ubiegłoroczne sukcesy, m.in. triumf w challengerze WTA 125 w Brazylii - najdalej zaszłaś do ćwierćfinału. Jesteś rozczarowana?
- Myślę, że nie. To były zupełnie inne turnieje niż w tamtym roku. Ten, który wtedy wygrałam, rozgrywany był wcześniej. Niestety, teraz nie mogłam na niego pojechać, bo leczyłam kontuzję. I właśnie z tego względu wydaje mi się, że te ostatnie występy nie były rozczarowujące. Jasne, trochę było mi smutno, bo wydaje mi się, że zrobiłam duży progres w grze, czułam to. Ale troszeczkę zdrowie nie dopisało. Mimo to cieszę się, że tam poleciałam, bo zebrałam cenne doświadczenie.
W stolicy Ekwadoru Quito grałaś na wysokości prawie 3 tysięcy metrów nad poziomem morza. To duże obciążenie dla organizmu?
- Ogromne i już wiem, że to był mój ostatni turniej, który zagrałam na takiej wysokości! Zdecydowanie ciężko się oddychało, choć każdy oczywiście miał takie same warunki. Któryś już raz grałam w warunkach wysokogórskich, ale ta wysokość była już kosmiczna. Nie czuję tego, szczerze mówiąc. Generalnie nie mam problemu czy ze zmianą nawierzchni, czy z piłkami, nie przywiązuję do tego większej wagi. Ale tam, na tej wysokości, faktycznie po prostu nie „kliknęło”, któryś już raz z rzędu. Pomimo tego, że miejsce było piękne, to już się tam nie wybiorę.
Kończy się rok 2025. Jak oceniasz swój sezon? Nie udało ci się zrobić radykalnego kroku w rankingu, choć przez moment zbliżyłaś się do Top 100, byłaś 121., teraz jesteś 150. Żałujesz?
- Byłam smutna, że znowu nie udało mi się awansować do Top 100, choć wydawało mi się, że już mam ku temu odpowiedni poziom. Ale rozczarowana nie jestem. Staram się patrzeć pozytywnie i doceniać, że to był mój w sumie pierwszy raz, gdzie sezon po sezonie byłam tak stabilnie w Top 150. Chciałabym natomiast, kurczę, żeby to zdrowie bardziej dopisywało, bo jednak ciężko jest wejść do pierwszej setki, kiedy nie gra się tak naprawdę w sumie przez trzy miesiące sezonu. Bo powrót po każdej przerwie, to wchodzenie w rytm meczowy, zajmuje jednak trochę czasu. Reasumując, widzę na pewno postęp w grze, postęp w tym, jak fizycznie czuję się na korcie. Jest rozwój, idę w dobrym kierunku i modlę się o zdrowie.
Właśnie z powodu kontuzji zabrakło cię w listopadowym turnieju Billie Jean King Cup w Gorzowie Wlkp., gdzie m.in. świetnie zadebiutowała twoja koleżanka klubowa Linda Klimoviczova, a Biało-czerwone pokonały Nową Zelandię i Rumunię. Wrócisz do reprezentacji Polski - może już w kwietniu?
- Mam nadzieję! Też chciałam być w Gorzowie, ale rozmawiałam z kapitanem Dawidem Celtem, tłumaczyłam sytuację z kontuzją. No i wiedziałam, że będą Iga, Linda właśnie i Kasia Kawa, więc czułam się bezpiecznie z tym, że nie jestem jakby potrzebna po prostu…
Ależ jesteś! Tylko pewnie wiedziałaś, że będzie miał cię kto zastąpić…
- No okej! (śmiech). No i leciałam do Ameryki Południowej z taką czystą głową, oczywiście kibicowałam dziewczynom i wiedziałam, że one sobie poradzą. I tak było. Zawsze cieszę się, kiedy reprezentuję Polskę. Turniej w Radomiu w kwietniu (Polki rywalizowały o finały BJKC z Ukrainą i Szwajcarią, wygrały Ukrainki - przyp. red.) był jednym z najważniejszych dla mnie do tej pory. Jeżeli będzie taka okazja, to chętnie znów w drużynie zagram.
Za chwilę nowy sezon i nowe wyzwania. Rok temu przebiłaś się w Australian Open do turnieju głównego, więc spore wyzwanie przed tobą. Gdzie zaczynasz tenisowy rok 2026?
- Wybieram się do Nowej Zelandii na WTA 250 w Auckland. Byłam tam raz, dobrych kilka lat temu, i bardzo mi się podobało. Wtedy akurat nie dostałam się do tego turnieju, teraz zagram w kwalifikacjach, także cieszę się bardzo. A stamtąd już do Australii i eliminacje wielkoszlemowe w Melbourne.
Lubisz sobie wytyczać jakieś długofalowe cele, czy koncentrujesz się tylko na tym, żeby wygrać najbliższy mecz?
- Myślę, że to i to jest ważne. Cele długoterminowe są ważne, bo chcemy się rozwijać, iść w określonym kierunku. Na pewno Top 100 siedzi mi w głowie mocno i wiem, że reprezentuję odpowiedni poziom, żeby tam się znaleźć. Więc dążenie do tego na pewno będzie moim celem, ale prawda jest taka, że najważniejszy jest ten mecz, który rozgrywamy teraz, więc będę brała każdy mecz po kolei.
Na koniec, czego życzyć ci w 2026 roku?
- O Jezu, nie chcę być zbyt banalna, ale tego zdrowia jednak - byłoby super, gdyby dopisało. I zawsze wydaje mi się ważne, żeby mieć satysfakcję i radość z wykonywanej pracy.
Rozmawiał Tomasz Mucha
