Autostrada

Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado

W piłce nożnej można poczuć się jak na autostradzie. Kiedy rankiem mijasz na niej starego grata, trąbisz na niego uśmiechem, z sympatią, ale i z... wyższością. Dziwisz się, że w ogóle na tę autostradę wyjechał. Tymczasem po południu okazuje się, że ten grat wcale nie jest taki wolny i teraz on wyprzedza cię z lewej z szyderczym uśmieszkiem...

Tak to właśnie jest w piłce nożnej. W niej - a i w każdej dziedzinie życia, w której panuje konkurencja, to truizm - nic nie jest na zawsze. Rozpisujemy się dziś o Cyprze - wspaniałej śródziemnomorskiej wyspie. gdzie na plaży z morskiej piany narodziła się bogini miłości - Afrodyta. Kojarzy się nam wyspa z trzystu słonecznymi dniami w roku, krystalicznie czystą morską wodą, idealnym miejscem na wypoczynek, oliwą z oliwek, miejscowymi souvlaki i kleftiko, koronkami czy starożytnymi ruinami. Z piłką - nie bardzo. A jeśli już to z jednym z największych rozczarowań w dziejach polskiego futbolu. Cypr przez dekady jawił się jako chłopiec do bicia, obiła go choćby reprezentacja Jacka Gmocha w marszu na mundial w Argentynie. A po mundialu w Meksyku odszedł Antoni Piechniczek i jego następca - Wojciech Łazarek miał dać nowe paliwo i podtrzymać renomę polskiego futbolu. Nie był to już jednak ten sam Cypr, który pod koniec XII wieku dał się spustoszyć Ryszardowi Lwie Serce. Okazało się, że nasza drużyna w trakcie jazdy skrzypi i nie jest w stanie wyprzedzić cypryjskiej limuzyny. Haniebne 0:0 w Gdańsku w 1987 roku uzyskane w starciu z piłkarzami, których nikt u nas nie znał - było dla takiego nastolatka jak ja wręcz wstrząsem i powodem do przewartościowania spojrzenia na cały nasz futbol. Dopiero wtedy dopuściłem do siebie myśl, że Polska nie jest żadną potęgą, kilkanaście wcześniejszych lat było jedynie darem niebios dla jednych, dla innych - sukcesami ponad stan... To wtedy zaczął się okres traktowania reprezentacji jako drużyny rezerwowej przez zawodników, którzy zachłysnęli się odkrywaniem pieniędzy w klubach Zachodu.

Jeśli samochód jedzie wolno, nie znaczy, że nie może jechać wolniej - zdumienie po remisie musiało ustąpić drżeniu po klęskach. Cypryjska piłka klubowa, przez lata traktowana pobłażliwie, okazała się twardym orzechem. Najbardziej pamiętam szczerbaty uśmiech rozpaczy w wykonaniu wiślackich kibiców z 2011 roku, gdy w IV rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów mającą wielkie ambicje  "Białą Gwiazdę" wyeliminował APOEL Nikozja.

Przenieśmy się do teraźniejszości. Dużo dziś na sąsiednich stronach rozpisujemy się o cypryjskiej piłce, bo to ona stoi na przeszkodzie jedynego jasnego polskiego promyka w tym kłębowisku czarnych chmur na zakończenie A.D. 2025. Tym promykiem jest postawa Rakowa Częstochowa w Lidze Konferencji (tak brzmi dziwaczna nazwa tych rozgrywek). Aktualni wicemistrzowie Polski po pięciu kolejkach zajmują trzecie miejsce w tej rozwleczonej przez regulamin długiej tabeli. W przypadku wygranej awans do 1/8 finału jest przypieczętowany. O zawirowaniach wokół Rakowa wiedzą wszyscy, wiosną będzie to inna drużyna, ale przecież siłę zespołu poznaje się właśnie w trudnych chwilach. Do boju więc, Częstochowo, czas abyś to ty oblegiwała, a nie ciebie. Mknij po cypryjskiej autostradzie. wzbij tumany kurzu w Nikozji i wracaj z tarczą.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się