Austriak za Piszczka
Pierwsza praca w roli trenera na szczeblu centralnym dla 66-krotnego reprezentanta Polski zakończyła się totalną klapą…
Łukasz Piszczek nie dał rady w GKS Tychy. - To była katastrofa - mówi legenda Trójkolorowych Kazimierz Szachnitowski. Fot. Pressfocus
GKS TYCHY
W komentarzu po piątkowej porażce, a właściwie klęsce GKS-u Tychy w Mielcu (0:4), napisaliśmy, że godziny Łukasza Piszczka w roli trenera Trójkolorowych są policzone. Nie trzeba było wybitnego matematyka, żeby rachunek się zgadzał. Wczoraj w godzinach wieczornych do kibiców dotarł komunikat, że umowa ze szkoleniowcem została rozwiązana za porozumieniem stron. Wraz z 66-krotnym reprezentantem Polski z klubem pożegnali się jego asystenci Robert Góralczyk i Przemysław Gomułka.
Okazali się niewypałami
Dodajmy jeszcze zdanie z oficjalnego komunikatu: „klub i trener uzgodnili warunki zakończenia współpracy, stawiając dobro klubu na pierwszym miejscu”. Szczegółów nie znamy, ale z grubsza rzecz ujmując chodzi o to, że były piłkarz Borussii Dortmund, z którą doszedł do finału Ligi Mistrzów, zrezygnował ze swoich apanaży gwarantowanych długością kontraktu, podpisanego do końca następnego sezonu. Ale po pierwsze - co z wypłatami dla jego współpracowników, którzy także odchodzą z klubu? Po drugie - co z kontraktami dziewięciu zawodników, którzy zimą zostali ściągnięci do GKS-u Tychy na wyraźne życzenie szkoleniowca i okazali się niewypałami?
Zaangażowanie oraz profesjonalizm
Jeszcze dziwniej brzmi kolejne zdanie komunikatu klubu, że: „GKS Tychy dziękuje trenerowi Łukaszowi Piszczkowi za pracę, zaangażowanie oraz profesjonalizm i życzy powodzenia w dalszej karierze szkoleniowej”.
Uwaga! Teraz będą fakty: Łukasz Piszczek przejął drużynę 12 listopada ubiegłego roku. Po 16 kolejkach Tyszanie mieli wtedy 12 punktów i zajmowali 16. miejsce w tabeli, tracąc do zespołu plasującego się nad strefą spadkową 1 (słownie jeden) punkt.
Po 24 kolejkach mają 14 punktów, bo w 8 spotkaniach pod wodzą wybitnego reprezentanta Polski ponieśli 6 porażek i 2-krotnie zremisowali. Czyli tragicznie było zarówno wtedy, kiedy trener Piszczek grał jeszcze składem, który miał do dyspozycji Artur Skowronek, jak i już od początku tegorocznych zmian, gdy sam wszystko „zbudował”...
Dno go wessało
- Oczywiście to jest wina Piszczka – stwierdził Kazimierz Szachnitowski, legenda tyskiego klubu. – Sprowadził sobie zawodników. Pojechał z nimi na zgrupowanie w Turcji. Miał to, czego zażądał, a wyniku nie zrobił. Piłkarze, na których postawił, nie odpłacili mu za zaufanie dobrą grą. Został na straconej pozycji i jedyne co mu pozostało, to odejście. Nie znaczy to jednak, że jako trener jest skreślony. Może jeszcze z tego wyciągnąć wnioski i jeżeli ktoś na niego postawi, ale nie w roli strażaka, bo do tego potrzebne jest doświadczenie w tej pracy, to może „odpalić”. Niestety w naszym klubie nie dał rady. Wziął drużynę na dnie i to dno go wessało.
Szkoleniowiec z Austrii
Jeszcze w sobotę Piszczek był wprawdzie na treningu, ale już wiedział, że to jego pożegnalne godziny. W niedzielę i poniedziałek zawodnicy mieli wolne, a dzisiaj na zajęciach ma się pojawić szkoleniowiec z Austrii. Czy uda mu się odbudować zespół mentalnie, fizycznie i taktycznie? W każdym z tych elementów zawodnicy GKS-u Tychy prezentowali się bowiem zdecydowanie gorzej niż ich wiosenni przeciwnicy. A już postawa piłkarzy, którzy wcześniej byli filarami zespołu, jak Julian Keiblinger czy Marcel Błachewicz, były dowodem na to, że metody treningowe zaproponowane przez 2-krotnego mistrza Bundesligi nie trafiły na dobry grunt.
To była katastrofa!
- To co zespół grał, to była katastrofa – dodaje w rozmowie z nami Kazimierz Szachnitowski. – Gdy przychodził, dawałem mu 30 procent szans na powodzenie, ale to nie znaczy, że teraz mam satysfakcję… Wolałbym się dzisiaj bić w piersi i mówić, że się pomyliłem. A nawet teraz, gdy widać gołym okiem, że się nie pomyliłem i mamy 6 punktów straty do spokojnego miejsca w tabeli, jeszcze wierzę, że się uda, bo nadzieja umiera ostatnia. Tylko pytanie, kto tego dokona, bo patrząc na grę sprowadzonych „gwiazd”, na czele z Igorem Łasickim zrobionym przez Piszczka kapitanem, to strach czekać na niedzielny mecz ze Śląskiem – kończy wicemistrz Polski z 1976 roku.
Jerzy Dusik
