Aniołki i Anastazja, soczewka polskiej królowej
MUCHA NIE SIADA - Tomasz Mucha
Gdy mój 14-letni syn w ostatniej sekundzie nie trafił do kosza, a jego zespół przegrał minimalnie pierwszy mecz w półfinałowej rywalizacji ze swoimi rówieśnikami z Wodzisławia, szlochając, zrozpaczony, długo nie potrafił podnieść się z parkietu. Dla niego był to koniec świata, przynajmniej w tej chwili. Ale już dwa tygodnie później – po odrobieniu strat w kolejnym meczu – w tej samej, pulsującej od gorących emocji salce, tenże sam 14-latek łkał jak bóbr z nieopisanej euforii, gdy w decydującym meczu najpierw osobiście doprowadził do dogrywki, a w niej jego koledzy klinicznymi trafieniami za trzy punkty pozbawili złudzeń gospodarzy, godnych siebie rywali. Finał jest nasz! A nastolatek był w siódmym niebie.
Proszę wybaczyć tę prywatną historyjkę członka klubu oszalałych rodziców, który jeszcze dwa dni po ostatnim meczu nie potrafił wydobyć z siebie zdartego do cna głosu, ale nasunęła mi się ona w związku z występem naszych lekkoatletów w halowych mistrzostwach świata w Nankinie. Kto bowiem jeszcze pół roku temu przypuszczałby, że honor polskiej lekkoatletyki w tymże czempionacie będzie polegał jedynie na żeńskiej sztafecie 4x400 metrów, skoro nasze dziewczyny, nagle wykruszone z najważniejszych ogniw, przeżyły gorycz klęski w igrzyskach olimpijskich w Paryżu, odpadając w eliminacjach?
A jednak – przynajmniej w wymiarze medalowym – tak właśnie trzeba zaklasyfikować srebrny bieg dziewczyn Aleksandra Matusińskiego i chyba tylko sport daje tak błyskawiczną szansę przekucia porażki w sukces i powrót z zaświatów. Wspomniany sukces ma oczywiście swój kontekst i miarę – medal został zdobyty w rywalizacji cokolwiek kadłubowej, w której uczestniczyło ledwie pięć sztafet, co oznacza, że więcej drużyn stanęło na podium, niż obeszło się smakiem.
Anastazja Kuś i koleżanki ze sztafety 4x400 metrów. Fot. instagram.com/anastazja.kus
Nie bez racji pod względem wartości stricte sportowej fachowcy i statystycy bardziej od medalu cenić będą znakomite 7,74 sekundy i rekord Polski Pii Skrzyszowskiej na 60 metrów przez płotki i wymazanie 45-letniego rezultatu Zofii Bielczyk. No ale na mistrzostwa jedzie się po miejsca na pudle, a rekordy są co najwyżej wartością dodaną, o ile w ogóle nie całkiem drugorzędne. Cóż byłoby z kolejnego rekordu świata Armandowi Duplantisowi, gdyby nagle trzech jego konkurentów jakimś niezwykłym zrządzeniem losu w tych samych zawodach skoczyło wyżej od fenomena tyczki? Albo bliżej naszego ciała: co buńczucznemu nieco Jakubowi Szymańskiemu ze świetnego rekordu Polski 6,39 na płotkach, skoro nie dobiegł do finału mistrzostw świata, a przecież odgrażał się niepokonanemu w tej konkurencji Amerykaninowi Hollowayowi, że będzie go straszył? Tak straszył, tak straszył, aż się… aaa, dopowiedzcie sobie państwo sami.
Co prawda złośliwcy od razu zauważyli, że nawet gdyby we wspomnianej sztafecie pobiegła ich teściowa (żona, córka, babcia – w zależności od życiowego „bagażu”, niepotrzebne skreślić), Polska i tak medal by z Chin przywiozła, ale zrzućmy to na karb typowo naszegomalkontenctwa i szukania dziury w całym. Bo czy to wina polskich dziewczyn i ich trenera, że światowe władze lekkoatletyczne tak opieszale potraktowały ich konkurencję i w ogóle z uporem zorganizowały zawody, które tak naprawdę nikomu – może poza chińskimi gospodarzami – nie były potrzebne? Polki też miały w Nankinie nie startować, wynikowo nie miały kwalifikacji, ale skoro inni się do występu nie palili, no to dlaczego nie skorzystać? Jak przytomnie zauważyły nasze lekkoatletki – z pałeczką trzeba jednak było do mety dobiec, a historia biegów sztafetowych na najważniejszych imprezach z igrzyskami włącznie i losy największych faworytów nie raz pokazały, że nie jest to wcale takie oczywiste i banalne.
Więc pozwólmy się nacieszyć Justynie Święty-Ersetic, Anastazji Kuś, Aleksandrze Formelli i Annie Gryc, nawet jeżeli sięgnęły po to, co było na tacy – nikt nikomu tego nie bronił. Ale ich przypadek to soczewka polskiej lekkoatletyki borykającej się z konsekwencjami zaniedbań i gwałtownej zmiany pokoleniowej. I niech nie przesłaniają nam generalnej oceny bieżącej kondycji rodzimej królowej sportu, którą bez względu na okoliczności – czy to igrzyska olimpijskie w obsadzie najmocniejszej, czy mistrzostwa świata w stawce podwórkowej – stać dziś zaledwie na skromne 1, dosłownie: jeden. Oddając jej sprawiedliwość, miniony już sezon halowy przyniósł kilka obiecujących zjawisk i nazwisk, budzących nadzieję na odwrócenie dołującego trendu, ale na dojrzałe owoce tychże będziemy musieli jeszcze trochę poczekać.
Tak jak poczekamy zapewne jeszcze na sukcesy wspomnianej sztafety w prestiżowej rywalizacji stadionowej, bo przecież owa zmiana pokoleniowa szurnęła nią dogłębnie, a ze słynnych ozłoconych nie raz „Aniołków” huragan oszczędził jedynie wciąż imponująco głodną 32-letnią raciborzankę Święty-Ersetic.
I nie ma żadnych gwarancji, że jej dużo młodsze koleżanki za nią nadążą, nawet jeżeli niektóre wykazują talent do biegania i pewność siebie graniczącą z zarozumiałością, jak choćby wciąż niepełnoletnia Anastazja Kuś. Nastolatka z Olsztyna to sztandarowa przedstawicielka nowej generacji kobiet w polskim sporcie – choć dziecko wszak jeszcze! – świadomych własnej wartości, swojego ciała, wyrazistych i imponująco „uprawiających” media społecznościowe, na których dziś potrafią zarabiać miliony. Czy jednak sport jest dla nich autentycznie najważniejszy – co wydaje się warunkiem bezwzględnym sukcesu, którego nikt nie waży się zakwestionować – dopiero się przekonamy.
