Ale ten Nagelsmann jest wysoki!

Rozmowa z Janem Urbanem, selekcjonerem naszej reprezentacji Polski

Obyście, panowie, za trzy miesiące byli zdrowi i w formie! - zachęca podopiecznych Jan Urban. Fot. Rafał Oleksiewicz/PressFocus

Zjeżyły się panu włosy na głowie, gdy pan – w kontekście własnych boiskowych wspomnień – pomyślał o Monterrey i możliwości powrotu do tego miasta?

- Mam nadzieję, że się tam przez te 40 lat nieco zmieniło, poprawiło (śmiech), ale mówiąc szczerze, w tym momencie w ogóle nie myślę o tym, bo to nie ma sensu. Na razie istnieje jedynie możliwość, że tam będziemy. Przed nami jeszcze dwa mecze marcowe – mam nadzieję, że oba „o coś”, bo jak przegramy pierwszy, to drugi też będzie, ale wyłącznie sparingowy... Więc oczywiście mamy „na oku” owe trzy drużyny z grupy mundialowej, które wskazał nam niedawno los, ale najpierw mamy sporo innej pracy do wykonania. Obserwować przecież trzeba nie tyle trzy zespoły z naszej ścieżki barażowej, ale cztery – bo najważniejsi są nasi zawodnicy.

Ma pan jakieś życzenie co do ewentualnego rywala w finale baraży? Szwedzi czy Ukraińcy byliby „wygodniejszym” przeciwnikiem?

- Zaskoczę być może tą odpowiedzią: nie wiem! Naprawdę nie wiem, bo do tej pory nie obserwowałem szczegółowo tych drużyn. Wiem, że Szwedom – mówiąc oględnie – nie bardzo się w minionych eliminacjach wiodło, trenera po nich zmienili. Zabieramy się teraz za szczegółową analizę każdego z tych trzech zespołów. Przy czym powiem wprost: dziś żaden trener – łącznie ze mną – nie wie w stu procentach, jak za te ponad trzy miesiące będzie wyglądać jego drużyna! W piłce to naprawdę długi czas, wszystko się może zdarzyć. Kontuzje, słabsza forma... Wystarczy, że takie historie dotkną 3-4 zawodników i już można mówić o dużych, nawet ogromnych zmianach w składzie, w grze.

Pytanie wzięło się stąd, że Szwedzi mają w składzie dwóch zawodników, którzy minionego lata kosztowali kluby angielskie 200 mln euro – to Alexander Isak i Victor Gyökeres...

- Tak, oczywiście, ale nawet z nimi w składzie Szwecja zdobyła tylko dwa punkty w eliminacjach.

Kiedyś jednak zaczną grać na miarę tych sum.

- Ja też tak myślę! Wszyscy wiedzą, że potencjał tych zawodników i tej drużyny jest dużo większy, stać ich na o wiele lepszą grę i wyniki. Nowy trener (Graham Potter – dop. red.) miał ledwie jedno zgrupowanie z kadrą, poprowadził ją w dwóch meczach. Zebrał z nich materiał do analiz, będzie mieć swoje przemyślenia. I... ledwie trzy dni – jak każdy z selekcjonerów zespołów grających w barażach – na wspólną pracę przed meczem półfinałowym.

We wrześniu wystarczyły panu trzy dni, by poukładać nowych podopiecznych tak, że zdobyli punkt w Rotterdamie.

- Teraz sytuacja jest inna. O punkt – czyli o remis – nie ma co grać; i tak musi zostać wyłoniony zwycięzca, a rzutów karnych chyba nie chce nikt... Więc każdy z selekcjonerów raczej postawi wszystko na jedną kartę. Oczywiście nie musi to być pójście „na hurra”, ale świadomość, że mecz musi się rozstrzygnąć, na pewno będzie mieć wpływ na taktykę, sposób gry, ustawienie.

Najpierw zagramy z Albanią. Niewygodny rywal...

- Na pewno nie jest to łatwy rywal. Wygrał przecież „polską” grupę w eliminacjach Euro 2024. Czuje swoją wartość, siłę.

Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem i barażowymi „koszykami”, drugi mecz zagramy z Ukrainą. I to niemal u pana „w domu”. Jak pan – mówiąc przekornie – sobie to załatwił?

- Mówi pan o Walencji, gdzie chcą grać baraże Ukraińcy? Może bardziej u córki, która tam mieszka, niż u mnie. Od razu powiedziała: „Musicie wygrać z Albanią, czekam na was” (śmiech).

Wybiegliśmy mocno w przód, ale i teraźniejszość niektórych reprezentantów każe się o nich niepokoić. Nicola Zalewski nagle sporo stracił w Atalancie, choć wydawało się, że „złapał Pana Boga za nogi”, przenosząc się do Bergamo. Myśli pan o tych „czarnych scenariuszach”?

- Zawsze trzeba mieć jakiś plan B, plan C. Nawet gdyby Nicola mógł grać przeciwko Albanii – a nie może za kartki – to w tym momencie bym się tym nie przejmował. Teraz nie gra Zalewski, ale za to więcej minut dostaje od trenera „Zielek”. Nie wiemy, jak potoczą się losy Sebastiana Szymańskiego. Nie za wiele gra, mówi się, że może zimą zmienić klub... Ale to wszystko są rzeczy, na które nie mamy wpływu, możemy tylko obserwować i patrzeć, co się będzie działo z potencjalnymi kadrowiczami. Bo co mi dzisiaj z tego, że ktoś jest kontuzjowany, w słabszej formie, a ktoś inny – w świetnej? Jak powiedziałem – do spotkań barażowych mamy jeszcze ponad trzy miesiące. Dyspozycją kadrowiczów i minutami na boisku będę się martwić, gdy zostanie do nich trzy tygodnie. Oby tylko przez ten czas zdrowi byli.

Zgodzi się pan z tezą, że wartością pańskiej trzymiesięcznej pracy – poza zapewnieniem sobie miejsca w barażach – jest powrót dobrej atmosfery do i wokół reprezentacji?

- Też mi się tak wydaje, że widać dziś zespół, widać team na boisku. Jeden za drugiego chętnie powalczy, chętnie włoży nogę, chętnie wróci pod własne pole karne. To właśnie sprawiło, że gra w miarę dobrze wyglądała i wyniki były pozytywne. Dobra atmosfera w grupie zawsze pomaga w jej scalaniu.

Półtora tygodnia temu w Lidze Konferencji bramkę dla Jagiellonii strzelił Hiszpan Jesus Imaz, dla Lecha – Szwed Mikael Ishak, dla Legii – Duńczyk Mileta Rajović, a dla Rakowa – Norweg Jonatan Brunes. Jest jakiś sens, by selekcjoner naszej reprezentacji apelował do trenerów klubowych o dawanie więcej szans Polakom?

- Nie. Byłem trenerem przede wszystkim klubowym i wiem jak to od tej strony wygląda. Jeśli szkoleniowiec ma w zespole polskiego napastnika, który gra dobrze, strzela w miarę regularnie bramki, to będzie mu szansę dawał. Mamy tej jesieni przykłady Sebastiana Bergiera czy Łukasza Sekulskiego, może jeszcze paru innych, ale wiemy doskonale, że mamy w polskiej piłce na tej pozycji braki. Również, niestety, jeśli chodzi o przyszłość. Na dziś w jakiś sposób można sobie radzić tymi, którzy stanowią ostoję reprezentacji, ale jeśli spojrzymy na to, co po nich, to... nie za bardzo widać młodzież gotową do przejęcia schedy. Wyjeżdża jeden czy drugi na Zachód i zaczyna grać dobrze w dobrym klubie? Będzie „za chwilę” gotowy na pierwszą reprezentację? No nie, tak też się, niestety, nie dzieje.

Na listopadowe mecze powołał pan Filipa Rózgę i dał mu szansę debiutu. Ma pan w selekcjonerskim kajecie kolejne nieoczywiste – przynajmniej dla kibica – nazwiska?

- Sam musiałbym się zastanowić, czy takie nazwiska, które mogłyby kibiców zaskoczyć, rzeczywiście mam... Przede wszystkim dlatego, że do baraży jest jednocześnie długi, ale i krótki czas. Krótki w tym sensie, że trudno w takim okresie błysnąć na tyle intensywnie i skutecznie, by nas – myślę o sztabie szkoleniowym - olśnić. Byśmy pomyśleli: „Tak, musi być z nami, bierzemy go”. Być może tak się stanie w jakimś przypadku. Wiadomo - z Albanią nie może grać Zalewski i jeśli do tego dojdzie jakaś – odpukać – kontuzja, może w końcu usatysfakcjonujemy wszystkich i powołamy na przykład Pietuszewskiego?

Akurat nie chęć usatysfakcjonowania wszystkich powinna decydować o pańskich wyborach, ale interes kadry...

- Oczywiście. Ten chłopak dobrze gra, jest blisko reprezentacji, ale jeszcze musiałoby się wydarzyć kilka rzeczy do ewentualnego powołania.

I jeszcze prośba o kilka wrażeń z pobytu w USA, na losowaniu grup mundialowych...

- Samo losowanie było tylko dodatkiem do wielkiego show w amerykańskim stylu. Cóż z tego, że każdy z nas dostał arkusz z możliwością wpisywania kolejnych drużyn, skoro i tak te wszystkie zasady – ten nie może zagrać z tamtym, a powinien z innym – powodowały, że chyba nikt samodzielnie tych tabelek nie wypełniał, na zasadzie: „Po co, skoro i tak za chwilę przeniosą zespół do innej grupy”. Natomiast – wracając do owego show – wszystkie te wielkie gwiazdy sportu i estrady robiły wrażenie.

Andrea Bocelli, Robbie Williams, a może Village People? Który artysta najbardziej zelektryzował Jana Urbana?

- Na żywo wszystko jest fajne, przyjemnie się tego słucha. Pierwszy raz miałem okazję uczestniczyć w wydarzeniu takiej rangi, więc wrażenie robi też nagromadzenie wielkich postaci z różnych dziedzin życia. Gwiazdy piłki na takiej imprezie to oczywiście normalna rzecz; ale nawet jeśli ktoś się nie za bardzo interesuje się hokejem czy koszykówką, towarzystwo Wayne'a Gretzky'ego albo Shaquille'a O'Neala to po prostu coś niesamowitego!

Ilu ludziom – dobrym znajomym ze świata futbolu – miał pan okazję uściskać dłonie, a z iloma przywitać się „na misia”?

- Byli tacy, owszem, choć głównie tacy, przeciwko którym grałem, a nie koledzy z jednej szatni. Pogadałem z Ronaldem Koemanem, no bo przecież już dwa razy ostatnio rywalizowaliśmy. Obok mnie siedział Lionel Scaloni, więc mogłem mu – choć z opóźnieniem – pogratulować mistrzostwa świata. Przywitaliśmy się serdecznie z Javierem Aguirre, trenerem reprezentacji Meksyku, bo znamy się jeszcze z Osasuny. Uścisnąłem rękę Mauricio Pochettino, selekcjonerowi Amerykanów. Zresztą po losowaniu mieliśmy spotkanie wszystkich trenerów obecnych na ceremonii. I wiecie co? Zawsze mi się wydawało, że Julian Nagelsmann jest o wiele niższy, a to wysoki gość, nie mówiąc już o Thomasie Tuchelu (śmiech).

Rozmawiali Zbigniew Cieńciała i Dariusz Leśnikowski

Julian Nagelsmann zaskoczył selekcjonera Biało-czerwonych nie tylko szerokim uśmiechem, ale też... centymetrami.   Fot. ANP/SIPA USA/PressFocus

Robbie Williams i Nicole Scherzinger zadbali o „popową” stronę oprawy losowania grup przyszłorocznego mundialu   Fot. ANP/SIPA USA/PressFocus

Zwycięzcę „polskiej” ścieżki barażowej przydzielił do grupy F legendarny hokeista, Wayne Gretzky.   Fot. ANP/SIPA USA/PressFocus

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się