A może teraz?
Anglia jako pierwsza reprezentacja z Europy zakwalifikowała się na mundial. Czy to znaczy, że futbol wreszcie „is coming home”?
Wygrywając 5:0 z Łotwą, Anglicy zapewnili sobie udział na przyszłorocznych mistrzostwach świata. Na zdjęciu Declan Rice (nr 4). Fot. Imago/Press Focus
Popularna przyśpiewka angielskich trybun stała się dziś obiektem szydery skierowanej w stronę Synów Albionu. Oto bowiem dumni reprezentanci Wielkiej Brytanii, roszczący sobie tytuł wynalazców piłki nożnej, nawołują i nawołują, że futbol wraca do domu, ale... wrócić nie potrafi. Ba, wrócił tylko raz, w 1966 roku, kiedy to jedyny raz Anglicy zostali mistrzami świata. W ostatnich latach ocierali się o pierwsze w swojej historii mistrzostwo Europy, ale przegrali dwa finały z rzędu – w tym na Wembley z Włochami. Obecnie należy spodziewać się, że im bliżej będzie początku mundialu w Ameryce Północnej, tym coraz mocniej wyspiarze będą nakręcać się na zwycięstwo. Tym bardziej że na niebie pojawią się (kolejne) znaki, które będą zwiastować ich tryumf – będzie bowiem mijać równo 60 lat od momentu, gdy Bobby Charlton i spółka pokonali Niemców, unosząc puchar nazywany wówczas jeszcze trofeum Julesa Rimeta.
Otwarli okno na świat
Poprzedni akapit trąci może lekką ironią, ale trzeba Anglikom przyznać, że jeśli uda im się wygrać na mistrzostwach świata 2026, dziwne to bynajmniej nie będzie. Od kilku lat mają bowiem bezapelacyjnie jedną z najsilniejszych drużyn globu, co zawdzięczają także faktowi, że Premier League, prócz miana najbogatszej, faktycznie zasługuje też już na miano najlepszej. Paradoksalnie jednak dwóch prawdopodobnie najlepszych angielskich piłkarzy... gra poza ojczyzną – to Jude Bellingham, który reprezentuje Real Madryt, a także Harry Kane, pracujący dla Bayernu Monachium. A wymienić przecież jeszcze można Marcusa Rashforda z Barcelony, Trenta Alexandra-Arnolda również z Realu (ostatnio było go w kadrze mniej) czy Jarrela Quansaha z Bayeru Leverkusen. Można by dodać jeszcze paru innych kandydatów. Takie otwarcie dobrze najwyraźniej Anglikom zrobiło, bo jak wiadomo – kiszenie się w zhermetyzowanej rzeczywistości bez okna na świat nigdy nie jest dobre, bo trudno o porównanie do innych i o płynny przepływ know-how. Może też z tego względu angielska federacja zdecydowała się, by ponownie oddać reprezentację w ręce obcokrajowca, Niemca Thomasa Tuchela?
Radość z gry
– Jesteśmy na dobrej drodze, by zbudować tutaj coś, co pozwoli nam osiągać najlepsze wyniki. Chcemy, aby kibice byli z nas dumni. Chcemy sprawić, by byli szczęśliwi. Powinni mieć radość z oglądania naszej gry i być w stanie identyfikować się ze stylem drużyny – mówił po zapewnieniu sobie awansu na mundial Tuchel. Co z tego wyjdzie?
Piotr Tubacki
