A może rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Rozmowa z Pawłem Szyndlarem, dwuboistą zimowym Sokoła Szczyrk, niedoszłym olimpijczykiem

Paweł Szyndlar (w środku) na wieńczących styczeń zawodach Orlen Cup w Szczyrku. Fot. ORLENCupPZN

Napisał pan w mediach społecznościowych: „Nie tym razem Igrzyska Olimpijskie dla mnie! Czy jestem zawiedziony ? Tak”. Pogadamy o tym zawodzie?

- Pogadajmy. Jak mam nie być zawiedziony, skoro igrzyska były najważniejszym moim celem w życiu? I naprawdę poświęciłem mnóstwo czasu – i nie tylko czasu – by ten cel osiągnąć.

Kiedy pojawiło się u pana marzenie: będę olimpijczykiem?

- Zacząłem treningi późno, dopiero w wieku 16 lat. I bardzo długo o igrzyskach nie myślałem. Dopiero kiedy dostałem się do kadry narodowej, i kiedy rok temu pojechałem na mistrzostwa świata, pojawiła się bardzo konkretna myśl: skoro moja forma – zwłaszcza biegowa – jest stabilna i dość wysoka w porównaniu do kolegów, może uda się zakwalifikować na igrzyska?

Sam awans do kadry narodowej – jak rozumiem – był swego rodzaju sukcesem?

- Pochodzę z Podkarpacia, z małej miejscowości Jasienica Rosielna. Początkowo w klubie z Zagórza trenowałem skoki. Dlaczego skoki? No wie pan: Adam Małysz, Kamil Stoch i te sprawy... Dzieciakowi się to podobało. Siedziałem z całą rodziną przed telewizorem i „dmuchałem” na ekran, żeby im pomóc w dalekim locie (śmiech). Brat zjeżdżał na nartach, na stoki jeździliśmy też ze szkoły. Na tych zjazdówkach brat z kolegami też „bawił się” w skoki, chodził na skocznię. „A ty nie możesz, bo za mały jesteś” - zawsze od nich słyszałem. No więc... sam sobie takie małe skocznie budowałem. To była zabawa, nagrywałem z nich filmiki i wrzucałem na YouTube. I po jednym z takich filmików ktoś mi podpowiedział, żebym spróbował swych sił właśnie w klubie z Zagórza.

Skoki rozumiem – sam pan powiedział o wielkiej modzie na nie. Ale kombinacja to raczej dyscyplina niszowa. A pan do niej trafił. Jak?

- Żeby pomóc klubowi z Zagórza, zdobyć dla niego więcej punktów w rywalizacji, postanowiłem prócz skoków spróbować też właśnie dwuboju. Nigdy wcześniej nie miałem biegówek na nogach. Założyłem je pierwszy raz, nie mając pojęcia o stylu, technice biegania itp. A zaraz potem założyłem je po raz drugi i... wystartowałem w zawodach Orlen Cup. Wyszło tak, że wielu na trasie... się ze mnie śmiało; nie pozwolono mi nawet dokończyć 10-kilometrowej trasy, ściągnięto mnie po 7,5 kilometrach.

Niezbyt przyjemne uczucie...

- Trudności było więcej. Zawody w kombinacji rozgrywane były na skoczniach 70-90-metrowych, a ja do takich na Podkarpaciu nie miałem dostępu; w Zagórzu są mniejsze. Dopiero po przeprowadzce do Szczyrku (Paweł jest zawodnikiem tutejszego Sokoła – dop. aut.) pojawiła się okazja do regularnych treningów na takich obiektach.

I to w tym momencie zaczęły się marzenia o igrzyskach?

- Słowo „olimpijczyk” zawsze robiło na mnie wrażenie. Kurczę, pamięta pan Eddiego „Orła” Edwardsa? Świat się z niego śmiał, a on sobie nic z tego nie robił, bo miał status olimpijczyka. I mnie się to też marzyło. Ja wiem, że wielką wartość ma przede wszystkim olimpijski medal, za który są wielkie nagrody. Ale – przynajmniej dla mnie – w samym udziale w igrzyskach też jest coś mistycznego. Pewnie może coś o tym powiedzieć na przykład Szczepan Kupczak – na tyle dobry w polskich warunkach tej dyscypliny, że dwa razy był na igrzyskach... No więc kiedy zdobyłem swój pierwszy medal letnich mistrzostw Polski w dwuboju (październik 2022 – dop. aut.) poczułem, że mogę przestać czuć się tym, który „późno zaczął, więc już nic z niego nie będzie”. Miałem nadzieję, że wezmą mnie do kadry narodowej, bo wcześniej sam jeździłem na zawody, na własny koszt.

Jak to?

- Po poprzednich igrzyskach kadra narodowa w tej dyscyplinie jakby... się rozsypała. Nie na wszystkie zawody wysyłano oficjalną reprezentację, więc ja „wyczułem moment” i uznałem, że sam spróbuję coś zdobyć. Na pierwsze zawody Pucharu Kontynentalnego pojechałem do Lillehammer, za własne pieniądze. Bez serwisu oczywiście. I... śmieszne momenty były, bo wszyscy na miejscu mi pomagali – dzięki temu mam do dziś wielu znajomych w różnych reprezentacjach.

Na czym polegała ta pomoc?

- No na przykład właśnie na serwisowaniu nart. Kiedy jakiś czas potem – też na własny koszt – poleciałem na zawody do Ameryki, nie miałem nawet szczotki do smarowania nart. I posmarowali mi je gospodarze – a dobre smarowanie to połowa sukcesu w biegu.

Do Ameryki nie leci się za dwa złote...

- To prawda. Z tą Ameryką śmiesznie wyszło. Kupiłem bilet do Nowego Jorku pół roku przed zawodami, za 500 złotych, promocyjnie. Tyle że nie oszacowałem wszystkiego. Leciałem z Barcelony, więc trzeba było zapłacić za bilet do Katalonii. W obu samolotach musiałem opłacić narty, bagaż... Ot, takie szaleństwo młodego człowieka. Na dodatek pojawiła się pandemia i samolot był.... praktycznie pusty!

Skąd pan załatwiał środki na takie wyloty?

- W dużej mierze pomogła mi firma z mojej miejscowości, z Jasienicy Rosielnej, która wspomagała mnie finansowo przez lata. A ja przez lata odkładałem pieniążki z innych źródeł. Dużo... chodziłem po kolędzie i zgromadzone w ten sposób środki nie wydawałem na głupoty, na używki czy na przyjemności, ale na swoją pasję; na rozwój sportowy i na spełnienie marzeń.

Pasjonujące!

- Zawsze miałem w sobie chęć osiągnięcia czegoś znaczącego w sporcie. W pewnym momencie... przeprowadziłem się na pół roku do Norwegii, żeby tam trenować.

A z czego pan żył?

- Pracowałem na zmywaku. Wybrałem Lillehammer, bo – po starcie w Pucharze Kontynentalnym – wiedziałem, że znajdę tam dobre warunki do treningów. I tak było; znów nawiązałem tam wiele nowych znajomości, które się potem przydawały. A potem odezwała się kadra.

To znaczy?

- Myślę, że dzięki pomocy Wojciecha Fickowskiego, prezesa Sokoła Szczyrk – a byłem już jego zawodnikiem, który został członkiem zarządu PZN, dostałem powołanie do reprezentacji na zawody Pucharu Kontynentalnego w Lillehammer właśnie. Chłopaki przyleciały z trenerem, mieszkały w innym miejscu niż ja, ale startowaliśmy już wspólnie. Nie musiałem sam kupować smarów, miałem pełen serwis kadrowy. Potem pojechałem też z kadrą na Puchar Kontynentalny do Trondheim, gdzie zdobyłem pierwszy punkcik, dający szansę debiutu w następnym sezonie w Pucharze Świata. Oficjalnie zostałem też członkiem kadry narodowej.

Dopiął pan swego. I powinno być z górki.

- No właśnie... zacząłem mieć z tym kłopot. Bo ja z charakteru – ale też dotychczasowych przeżyć – trochę byłem jak wolny strzelec. Mówiąc szczerze, czasem trudno mi się było dostosować do kadrowych wymogów. Rok trwało moje dostosowywanie się do kadry, docieranie się – że tak powiem – z trenerami na przykład. Tak naprawdę dopiero od pierwszych zgrupowań w ubiegłym roku trochę odmieniłem moje spojrzenie na te wszystkie kwestie.

Co na to wpłynęło?

- A to ciekawe: starałem się o sponsora, któremu opowiadałem o różnych moich kadrowych sytuacjach. A on mi wtedy powiedział, że od siedmiu lat prowadzi firmę i nigdy się nie spóźnił do pracy. I że jeżeli chce się coś osiągnąć, trzeba być w tym na 100 procent, nie zostawiać sobie żadnej furtki luzu.

Pomogło na tyle, że w tzw. rankingu olimpijskim został pan najwyżej sklasyfikowanym Polakiem.

- Owszem, między innymi dzięki 28. miejscu w Pucharze Kontynentalnym w Lahti. Wtedy nieoficjalnie mówiło się, że kto pierwszy zdobędzie miejsce w trzydziestce, ten pojedzie na igrzyska.

Patrzył pan na ten ranking i czuł pan, że marzenie się spełnia?

- Były w lecie jakieś sygnały, rozmowy z trenerem o igrzyskach i o regulaminie kwalifikacji. Ale z upływem czasu zaczęto jednak mówić, że może niekoniecznie ważny będzie ten ranking... Efekt jest taki, że nie mam olimpijskiej nominacji. Czy mnie to wkurza? Biorąc pod uwagę wyniki tego sezonu, Kacper Jarząbek zdobywał więcej punktów ode mnie. Ale z Miłoszem Krzempkiem śmiało o to drugie miejsce w kadrze na igrzyska mogłem rywalizować. Dwukrotnie ja byłem od niego lepszy, raz on. Może gdyby mnie wzięto na zawody do Ruki... Nie chcę wywoływać wojny; ale muszę sobie w głowie poukładać tę decyzję trenera.

No właśnie. Kolejne igrzyska za cztery lata. To szmat czasu w życiu młodego człowieka. Co dalej z karierą sportową i marzeniami?

- Miałem przez moment – albo wciąż jeszcze mam – wątpliwości, co robić. Zostawić kadrę, wracać do Norwegii i tam trenować samodzielnie? A może całkowicie... zmienić dyscyplinę?

Na jaką?

- Poprzedniej wiosny startowałem w mistrzostwach Polski w biegach górskich. Teraz szykuję się do pierwszego w życiu półmaratonu. Oczywiście to wszystko są elementy powiązane z moimi treningami i startami w kombinacji norweskiej, ale... Ponieważ w głębi duszy czuję się trochę pokrzywdzony decyzjami o wyborze kadry olimpijskiej, różne myśli pojawiają się w głowie. A może rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Czyli do domu?

- Czyli do domu wrócić, tak...

Rozmawiał Dariusz Leśnikowski


Na ostatniej prostej...

O medalach w kombinacji norweskiej – choć przecież właśnie w tej konkurencji, i też w Cortina d'Ampezzo, pierwszy medal zimowych igrzysk dla Polski zdobył 70 lat temu Franciszek Groń-Gąsienica – w tym roku możemy co najwyżej pomarzyć. Nasi zawodnicy bardzo rzadko startują w Pucharze Świata, a w Pucharze Kontynentalnym zajmują miejsca co najwyżej w trzeciej dziesiątce. PZN wysyła jednak do Włoch duet Kacper Jarząbek - Miłosz Krzempek. Na ostatniej prostej rywalizację przegrał Paweł Szyndlar. Choć w tzw. rankingu olimpijskim, obejmującym obecny i poprzedni sezon zimowy, plasuje się najwyżej z Polaków, w ostatnich miesiącach w klasyfikacji PK spadł za wspomnianą dwójkę. Choć więc prezes Sokoła Szczyrk – a Szyndlar jest zawodnikiem tego klubu, choć pochodzi spod bieszczadzkich szczytów – jest członkiem zarządu PZN, nawet on nie protestował wobec pominięcia swego sportowca na liście nominowanych na igrzyska. Decyzja PZN największe rozgoryczenie wywołała u samego zawodnika, który opowiedział „Sportowi” o swych olimpijskich nadziejach i dziewięciu latach poświęconych przygotowaniom.

Przez długi czas wydawało się, że na igrzyska pojadą Paweł Szyndlar (z lewej) i Kacper Jarząbek. Ostatecznie ten pierwszy wypadł z listy niemal na ostatniej prostej. ttps://www.instagram.com/szyndlar

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się