A jednak...

Z DRUGIEJ STRONY - Dariusz Leśnikowski

Jakoś w ogóle nie potrafię się zmusić do tego, by zobaczyć ten mecz z Ukrainą. Dwa „przegrywy”! - usłyszałem ostatnio od jednego z kolegów (po fachu, ale nie mówcie nikomu, bo nie wypada...). Pozostając w słownej konwencji – trochę rozumiem ten „wk*rw”. Skoro co czwarty kraj zrzeszony w FIFA wysyła na mundial swoją reprezentację (a legendarny San Escobar awans przegrał po karnych - taki żart...), nieobecność Biało-czerwonych w tym, hm..., elitarnym gronie potrafi człowieka „zdrzaźnić” (względnie „zdżaźnić” - forma ortograficzna ponoć popularna w Wielkopolsce).

Ale jednak trochę ogarnęło mnie „zdziwko”. Ja wiem, że mecze towarzyskie, bez stawki punktowej, to dziś relikt przeszłości; mało kto je dziś organizuje, jeśli nie ma ku temu wyraźnego powodu (na przykład przygotowania do finałów mistrzostw świata). Ale „zdziwko” było - w końcu to reprezentacja: Pierwsza Drużyna. Na dodatek bywały już momenty w bliższej bądź dalszej przeszłości, w której jej styl był rzeczywiście obrzydliwy (pamiętacie koszmarki mundialowe ostatnich edycji, czyli potyczki Polaków z Japonią w 2018 i Argentyną w 2022), odstraszający i nudny tak bardzo, że człowiek łapał za telefon i chciał wystukiwać numer alarmowy 711 (pardon, 112). Bo przecież w świecie dyskusję, czy w futbolu cel powinien uświęcać środki, definitywnie ucięto w momencie, gdy słowo „catenaccio” zaczęło być synonimem określenia „antyfutbol”. A u nas dla niektórych był jeszcze niedawno stylem wciąż wartym uwagi.

Od wielu miesięcy – de facto od początku kadencji Jana Urbana – można było odnieść wrażenie, że w końcu świadomość owych przemian dotarła i nad Wisłę. Tak, ponad dwa miesiące temu w Solnie boleśnie zapłaciliśmy za brak wyrachowania, za młodzieńczą nieodpowiedzialność, wręcz za nadmiar „ułańskiej fantazji”, która nakazywała nam walkę o wygraną jeszcze w regulaminowym czasie, a nie z „użyciem” dogrywki. Przegraliśmy, łzy rozpaczy mieszały się z wściekłością, ale gdzieś głęboko w kibicowskim sercu kiełkowała nadzieja, że z tej mąki będzie chleb.

Po niedzielnym meczu we Wrocławiu z tamtych ambiwalentnych uczuć zostało jedno: wściekłość. Nadzieja – któryż to już raz – okazała się matką nie tyle głupich, co raczej naiwnych. Wierzących w to, że jeśli Oskar Pietuszewski wart jest naście milionów, to z zamkniętymi oczami wykorzysta sytuację sam na sam z rywalem; że pierwszy w życiu dublet (liga+puchar) na Półwyspie Apenińskim uskrzydli Piotra Zielińskiego tak, iż teraz już każdy jego strzał będzie taki jak ten, który dał nam wygraną z Albanią w marcu; że Jakub Kiwior z orzełkiem zagra nie przeciętnie, jak to ma zwyczaju z orzełkiem na piersi, ale raczej nieprzeciętnie, jak na „Smoka” przystało.

Żaden z nich w ten scenariusz się nie wpasował. Pół godziny niezłej – choć nieskutecznej – gry ofensywnej, a potem stare grzechy: dziurawa obrona, mało kreatywności, agresywność co najwyżej w prężeniu muskułów w sytuacjach „czółko w czółko” z rywalem poza grą. No więc – trzymając się neologizmów – znów jest „wk*rw”; tyle że już zupełnie innego rodzaju: reprezentacja właśnie cofnęła się o wiele miesięcy, do czasów Finlandii (bez skojarzeń poproszę) z czerwca 2025. A jednak „przegrywy”?

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się