A gdzie sportowa złość?
KOMENTARZ „SPORTU” – Tomasz Mucha
Iga Świątek Fot. CRISTOBAL HERRERA-ULASHKEVICH/ PAP/ EPA
Iga Świątek myli się, przekonując, że w tenisie częściej się przegrywa, niż wygrywa. No chyba że ma na myśli mniej znane koleżanki i kolegów, którzy faktycznie przegrywają regularnie w pierwszych rundach. Polka od lat taką zawodniczką nie jest – zdecydowanie częściej wygrywa, a jak przegrywa, to po kilku wcześniejszych zwycięstwach. Bilans w tym roku? 36 zwycięstw, 14 porażek. W karierze? 440 do 106, czyli była liderka światowego rankingu średnio wygrywa cztery razy częściej, niż schodzi z kortu pokonana. Zdarza się i tak, że nie przegrywa wcale w jednym turnieju, ogrywając wszystkie rywalki i sięgając po tytuł. Fakt – w tym sezonie Świątek taki scenariusz przerobiła tylko raz, w sierpniu w Toronto.
Oczywiście trochę „podkręcam”, bo domyślam się, że na konferencji prasowej w Nowym Jorku Iga miała na myśli, że częściej przegrywa się turnieje, niż je wygrywa. Tu racja – w Wielkim Szlemie możesz w świetnym stylu opędzlować sześć spotkań, a w ostatnim zebrać łomot i być pierwszym przegranym.
Nie chcę tu akademicko spierać się, o jakie wygrane chodzi naszej wyjątkowej tenisistce, bo to bez znaczenia. Znaczenie ma natomiast narracja, w której Iga Świątek przekonuje, że porażka w meczu, który zaczął się od prowadzenia 5:0, nie była czymś niezwykłym. Naprawdę?! A nawet jeżeli ma rację, to nie widzę w niej sportowej złości, niezgody, wkur...u – ot, stało się, nie jestem na siebie zła, „shit happens”, trudno... Taka Aryna Sabalenka, cokolwiek o niej myśleć, po podobnie niecodziennej porażce w ćwierćfinale Rolanda Garrosa chciała kończyć karierę, a wcześniej się upić. Była w tym przynajmniej szczera, autentyczna, na wskroś ludzka, a jak się przespała (a może i upiła), oczywiście wróciła na kort i do roboty, żeby ta sportowa trauma już nigdy się nie powtórzyła.
U Świątek widzę za to pogodzenie z losem, kapitulację, błyskawiczne przejście do porządku dziennego, brak chęci jakiejkolwiek analizy, no i jak zwykle stawianie pod pręgierzem dziennikarza zadającego proste w sumie – żadne tam kontrowersyjne! – pytanie.
Nie zgadzam się na pospolity i prymitywny hejt, jaki na Igę wylewa się z internetu, ale jej samej – mam wrażenie – brakuje krytycznego spojrzenia w lustro. Obawiam się, że bez tego trudno będzie jej wyjść z przewlekłego kryzysu, który dostrzegają wszyscy dookoła, tylko – zdaje się – nie sama tenisistka.
