278_13 Tu jest moje miejsce
Gol Brahima Diaza dodał mu pewności. W trakcie całego meczu prezentował się najlepiej ze wszystkich zawodników Realu. Fot.PAP.EPA
tu jest moje miejsce
Brahim Diaz zachwycił Estadio Santiago Bernabeu. Girona, mimo trudności, nie odpuszcza kroku „Królewskim”.
Piłkarze „Los Blancos” nie mieli w miniony weekend wygórowanego zadania. Musieli pokonać przedostatnią w tabeli Granadę i ten cel bezproblemowo udało się zrealizować. Twarzą spotkania był Brahim Diaz. 24-letni Hiszpan w Realu jest raczej graczem niedocenianym, ale po sobotnim starciu dał do myślenia Carlo Ancelottiemu. Był najlepszym zawodnikiem na boisku i to nie tylko dlatego, że zdobył bramkę na 1:0. Był najbardziej aktywnym zawodnikiem w ofensywie. Robił sporo zamieszania, a poza bramką powinien zaliczyć także co najmniej dwie asysty – z tych „obrabował” go nieskuteczny w sobotę Jude Bellingham. Mimo wszystko Diaz może przypisać sobie zasługi także za drugą bramkę w spotkaniu. To właśnie po jego rajdzie skrzydłem Anglik w dogodnej sytuacji trafił wprost w bramkarza, a piłkę do bramki dobił Rodrygo.
Czas podbić kadrę
- Kiedy zaczynasz mecz od pierwszej minuty, masz też więcej szans. Trener zawsze mi ufał, ale teraz gram więcej. Przyszedłem tutaj, bo czuję się zawodnikiem Realu Madryt i sądzę, że mogę dawać z siebie jeszcze więcej. To właśnie tutaj chcę być, a kibice darzą mnie sympatią – powiedział hiszpański zawodnik, który latem wrócił do stolicy swojej ojczyzny z wypożyczenia do Milanu. Madrycki dziennik „Marca” po tym spotkaniu zaczął zastanawiać się, jak dużą rolę Brahim Diaz może odegrać w nadchodzącym Euro, odważnie patrząc w przyszłość. Odważnie, bo do teraz 24-latek ledwie raz zagrał w reprezentacji swojego kraju, w 2021 roku w towarzyskim spotkaniu z Litwą.
Tworzy się historia
Tydzień temu Girona straciła punkty w meczu z Athletic Bilbao. W minionej kolejce było blisko tego, żeby podobna historia się powtórzyła. Druga drużyna w tabeli ligi hiszpańskiej podejmowała u siebie Valencię i po jednym błędzie w 56 minucie Hugo Duro wyprowadził gości na prowadzenie. Minuty mijały, a zespół z Katalonii nie był w stanie doprowadzić do wyrównania. To udało się dopiero w 82 minucie, gdy na listę strzelców wpisał się Cristhian Stuani. Dosłownie chwilę później ten sam zawodnik po raz drugi pokonał Giorgi Mamadaszwilego, dzięki czemu zespół trenera Michela wciąż ma tyle samo punktów co liderujący „Królewscy”.
- Dobrze jest mieć świadomość, że tworzymy historię. Zaliczyliśmy 12 zwycięstw w 15 meczach i to nie jest czymś zwyczajnym. Chcę przede wszystkim tego, żebyśmy w trudnych momentach byli wszyscy razem. Wciąż uważam, że Real Madryt, Barcelona, czy Atletico to nie jest nasza liga. Nie utrzymamy ich rytmu na dłuższą metę i musimy być tego świadomi - powiedział po sobotniej wygranej szkoleniowiec Girony. W praktyce od początku sezonu wszyscy oczekują tego, kiedy zespół w końcu zwolni, kiedy nie będzie już w stanie utrzymywać się blisko czołówki. Katalończycy jednak nie odpuszczają, a ich zapowiadanej „zadyszki” na horyzoncie nie widać. Nawet w trudnych momentach są w stanie się podnieść i zwyciężać, a mecz z Valencią tylko to potwierdził.
Dominacja Basków
W środku tabeli doszło do małych zmian, a wszystko przez porażkę Rayo Vallecano z Athletic. Aż 4-krotnie piłkę z siatki wyciągał golkiper zespołu z Madrytu Stołe Dimitriewski. Jest to o tyle zadziwiające, że tydzień temu podopieczni Francisco Rodrigueza zdołali zremisować z Barceloną 1:1. Być może to właśnie mecz z „Dumą Katalonii” spowodował, że Rayo nie miało już siły na drużynę z Kraju Basków. Jednak porażka aż czterema bramkami była co najmniej nieoczekiwana. Rayo przecież w tym sezonie nie tylko powstrzymało zespół Xaviego, ale na początku listopada było w stanie zatrzymać także „Los Blancos”. Kacper Janoszka
