20. stopień zasilania
REMANENT, cotygodniowy felieton Jerzego Chromika
Akurat mieliśmy rocznicę powstania Breakoutu z Mirą Kubasińską i Tadeuszem Nalepą. Wcześniej zespół był znany pod nazwą Blackout i ta byłaby bardziej na czasie. Teraz bowiem blackout to niespodziewane wyłączenia prądu. Mogą być nawet długotrwałe. I nie tak dawno pół Hiszpanii pozostawało bez zasilania! Wnioski?
– Kiedy byłem małym chłopcem, wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł:
Głosem serca się nie kieruj, tylko forsa ważna w życiu jest!
Dodałbym po wydarzeniach z ostatnich dni – i prąd!
Pamiętam jeszcze dość dobrze ścianę w akademiku we Wrocławiu, na której wisiała tablica ostrzegawcza: „Zgaś zbędną żarówkę!”.
Przyjaciel dopisał na trzeźwo, a więc przytomnie: „Niech pięćsetka w Kozienicach sobie odpocznie!”. Dla niewtajemniczonych i tych po gimnazjach – „pięćsetka” w Kozienicach to był jeden z najważniejszych bloków energetycznych w kraju odpowiedzialnych za zaopatrywanie w prąd.
Po co ja to wszystko przypominam? By raz jeszcze uzmysłowić, jak ważne jest oszczędzanie energii przed pierwszą wiosenną, nawet tylko z nazwy, kolejką ligową Ekstraklasy. I to nawet w Radomiu, którego od Kozienic nie dzieli pół Polski, a kilkadziesiąt kilometrów linii wysokiego napięcia.
Napięcie w piłkarski piątek było wysokie, a zarząd Radomiaka zdaje się zadbał o wszystko. Niby przybywała tylko Arka, ale jednak szlachectwo zobowiązuje. Śnieg uprzątnięto na czas, a umyślny miał tylko przekręcić wajchę w skrzynce z trupią czaszką i dwoma piszczelami. Pstryk i stała się jasność? Owszem, zapaliło się tu i ówdzie, nawet w biurze prasowym, ale akurat NIE nad boiskiem. Zabrakło, jak to mawiają elektrycy, fazy. Może nawet tej trzeciej!
Nieodżałowany aktor Teatru Polskiego we Wrocławiu, Tadek Szymków, przybliżył nam kiedyś historyjkę prosto z życia teatralnego. Pracował tam elektryk. Pan Kazik ponad trzydzieści lat odpowiadał za oświetlanie sceny. Wykonywał swoją pracę sumiennie i miał wszystko pod kontrolą. Dzień w dzień. Regularnie powracał jednak skonany do domu. Aż pewnego wieczoru zwierzył się aktorowi:
„Nie uwierzysz, wracam do chaty, otwieram drzwi, a za progiem stoi żona i szepcze w sobie właściwy sposób na powitanie:
– Kazik, żarówka w łazience chyba nam się przepaliła...
A mnie się tak, k..., nie chciało jej wkręcać!”
To jak, może panu Sławkowi by się chciało? Przy minus piętnastu? Nie wierzę! Po prostu nie wierzę w teorie spiskowe!
Owszem, historia zna podobne awarie. Swego czasu o konszachty z fazą podejrzewany był pan prezes wiekuisty Marian. Ten z Bukowej. Ściemniono też, przy złym wyniku reprezentacji, stadion przy Łazienkowskiej, bo Kazachowie niepotrzebnie stawiali nam opór (może ktoś pamięta z lekcji fizyki wzór na obliczenie oporu, bo ja chwilowo nie), ale żeby 30 stycznia, w środku zimy stulecia w XXI wieku, kombinować z prądem w Radomiu?
Dworowano sobie jednak z tego nagłego przypadku stadionowego. Utrzymywano, że może jakiś samolot startował z portu Warszawa-Radom i włączono pełną moc oświetlenia lotniska, stąd wystąpił brak prądu na stadionie. To by miało uzasadnienie, bo stamtąd bliżej do Mediolanu, a nasi olimpijczycy odlatywali akurat razem ze skoczkami na pokładzie. Na zimowe igrzyska!
Te jupitery na polskich stadionach nie mają od dawna dobrej prasy. Maciek Szczęsny opowiedział mi przed laty, że przed meczem Legii z Sampdorią pułkownik Żbikowski podszedł do okna gabinetu i powiedział cicho, niby do siebie, ale słyszeli też to wszyscy goście:
– Dożyłem tej chwili, że palą się wszystkie żarówki na czterech masztach. Co za wieczór!
Co za felieton! Cały o prądzie. No to teraz poproszę o oczywistą herbatę.
W Warszawie odczuwalna temperatura minus 25. Wyłączam zbędny... laptop!
Maszty stadionowe. W nocy... Fot. Piotr Matusewicz / Press Focus
