Kamil Stoch w Ruch spisywał się fatalnie, Czy w Lillehammer będzie lepiej? Fot. Tadeusz Mieczyński/PressFocus
Gorzej być nie może
Od wtorku biało-czerwoni trenują w Lillehammer. Olimpijskie obiekty będą areną drugiego weekendu Pucharu Świata.
W miniony poniedziałek, po bardzo nieudanym pierwszym w tym sezonie weekendzie PŚ w Ruce, polscy skoczkowie przenieśli się z Finlandii do Lillehammer, a od wtorku rozpoczęli treningi na norweskich obiektach. Przypomnijmy, że w premierowych zawodach - w dwóch konkursach - biało-czerwoni zgromadzili zaledwie 28 „oczek”. Dwukrotnie punktował Dawid Kubacki, a tylko raz do finałowej serii dostał się Piotr Żyła. Wszystkie lokaty były jednak miejscami w trzeciej dziesiątce i stąd tak mizerny dorobek naszego zespołu. Dla porównania znakomicie radzący sobie na Rukatunturi Niemcy zgromadzili 486, a Austriacy 460 punktów. Ponadto Kamil Stoch nie wszedł nawet do pierwszej serii konkursu niedzielnego. Wydaje się, że gorzej być nie może i dlatego do zawodów na Lysgardsbakken podopieczni trenera Thomasa Thurnbichlera przystępują z mocnym postanowieniem poprawy.
Ten sam kwintet
Austriak postanowił niczego nie zmieniać, jeżeli chodzi o personalia. W Norwegii wystartuje pięciu tych samych skoczków, którzy wystąpili w Ruce. Czyli oprócz Stocha, Żyły i Kubackiego, także Aleksander Zniszczoł i Paweł Wąsek. - Skład na najbliższy weekend pozostaje taki sam - potwierdził Thurnbichler. - W Lillehammer mamy możliwość do przeprowadzenia dwóch sesji treningowych i skorzystamy z tego, by oddać więcej skoków i nabrać pewności siebie. Kadra B w międzyczasie zacznie trenować na śniegu w Europie Środkowej. Po weekendzie zapadną kolejne decyzje w kontekście składu na Klingenthal - sprecyzował opiekun naszych skoczków, który po zawodach w Ruce był wyraźnie rozczarowany. Choć w po pierwszych występach nie spodziewał się fajerwerków, to tak koszmarnego startu nie zakładał.
Kombinacje niewskazane
Prócz słabych skoków zmartwieniem dla trenera może być też to, co dzieje się wokół zespołu. Wydaje się, że atmosfera nie jest najlepsza. Po niedzielnych kwalifikacjach Kamil Stoch był wyraźnie zdegustowany i dał temu wyraz. - Nie do końca wierzyłem w pomysł na dzisiejszy skok. Nie chcę mówić, że myśl szkoleniowa jest zła, ale na tej skoczni nie czuję się dobrze. Za dużo było od razu u mnie zmian w skokach i trochę się w tym wszystkim pogubiłem - przyznał trzykrotny mistrz olimpijski, a w podobnym tonie wypowiadał się Dawid Kubacki, który na pytanie dziennikarza Eurosportu o to, że trener przeprowadzi rozmowy indywidualne z zawodnikami, powiedział: - Nie tędy droga. Tutaj trzeba się skupić na podstawach, na tym co jest proste i do zrobienia, a nie rozbijać te skoki na milion kawałków, bo to nic nie daje - przekonywał „Mustaf”. - Moja rozmowa z trenerem szła właśnie raczej w tę stronę. Nie kombinujmy, nie rozkładajmy tego na milion części, bo jak sobie rozwalę koncentrację na siedem różnych rzeczy, to żadna z nich nie zadziała. Takie jest moje założenie i tego się trzymam - zaznaczył brązowy medalista MŚ w Planicy, z tego roku, z dużej skoczni.
Praca nad pomysłem
Thomas Thurnbichler na słowa doświadczonych kadrowiczów odpowiedział szybko. - Odbyliśmy rozmowę w samochodzie. Być może byłem zbyt ofensywny, jeśli chodzi o sposób pracy, drogę, którą chcieliśmy przejść. Teraz próbujemy znaleźć właściwy balans - powiedział Austriak i dodał, że wykonana zostanie praca nad pomysłem, w który Kamil uwierzy. Już w dzisiejszych kwalifikacjach przekonamy się, czy te dyskusje przyniosły spodziewany efekt.Organizatorzy PŚ w Lillehammer zdecydowali się na praktycznie niespotykane w ostatnich latach rozwiązanie. Sobotni konkurs rozegrany zostanie na skoczni średniej (HS98), a niedzielny na dużej (HS140). Ma to związek z tym, że na obiektach, na których niespełna 30 lat temu rozegrano walkę o medale IO, zainaugurowany zostanie w ten weekend PŚ kobiet. Na starcie staną Anna Twardosz, Pola Bełtowska i Natalia Słowik. Jutrzejszy konkurs będzie debiutem trenera Haralda Rodlauera. Jakub Kubielas
